potatoes-french-mourning-funny-162971

A w zasadzie zaczęło we mnie, już jakiś czas temu. Chyba miałam już Męża ale nie miałam jeszcze dziecka ani psa. Może od tego filmiku, od tych zdjęć, może od informacji o topniejących lodowcach a może po prostu pracująca w markecie ciocia opowiedziała mi, co się robi z mięsem żeby było dłużej świeże.

Coś pękło, zgrzytnęło. Dotychczasowy mechanizm padł i przyszedł czas zmian.

Otworzyły mi się oczy na to, jak my wszyscy wokół żyjemy – szybko, chwilowo i nie patrząc ile szkody wywołujemy. Po moim domu fruwają torby foliowe brane garściami z rolki w sklepie, w zamrażalniku chłodzi nóżki kurczak nafaszerowany antybiotykami, który w życiu swoim nigdy nie widział trawy ani słońca. Ja i Mąż mamy swoje choroby cywilizacyjne, chociaż żadne z nas nie skończyło magicznej trzydziestki. Moment, w którym po nitce do kłębka zaczęłam iść wyboistą drogą, aby odkryć, że ta moja nitka poplątała się z kolejną i kolejną, i kolejną… Był jakby mnie walnęli patelnią w łeb.

W pierwszym odruchu miałam ochotę wywalić z domu całą chemię, pozbyć się płynów, szamponów, detergentów, folii, przetworzonego żarcia od którego moja lodówka i żołądek aż pękają. Pozbyć się wszystkiego i zacząć „zdrowe, normalne życie”.

No ale halo. Jakoś żyć trzeba a „w ogóle to nie da się bez tego wszystkiego”.

Znacie to. „Nie da się” to wróg wszystkich zmian, który zrzuca nas z najwyższego drzewa na które mozolnie się wspinaliśmy. Niczym Frodo w Mrocznej Puszczy – już wlazłam ponad korony tych ponurych drzew, ujrzałam horyzont, już wiem, gdzie mam iść, a tu nagle wielka Szeloba mnie spycha. Rach, ciach, postanowienia swoje, życie swoje.

 

Ale dosyć z tym.

Mam teraz dziecko i nie po to je nosiłam w brzuchu większym niż ja cała żeby je teraz truć i żeby zmarło w kwiecie wieku na miażdżycę rozkładając się za życia. Nie po to zmieniam jej pieluchy, śpiewam kołysanki, noszę całe dnie i zabawiam, żeby dostało niedrożności jelit od chemii którą będę w nią codzień ładować z uśmiechem i słowami „łyżeczka za mamusię, za tatusia, za babunię i dziadka”.

PRZYSZEDŁ CZAS ZMIAN.

Ten blog to wyzwanie. Krok po kroku, po maleńku, będę zmieniać nasze życie. Mam dla kogo, bo jest nas aż czworo:

Ja i Mąż

Lisek, zwany też Sarą (miesięcy niecałe pięć)

Hermes, zwany też Golden Retriverem

Ja i Mąż na zmiany najbardziej oporni, przyzwyczajenie i miłość do tostów w końcu robi swoje. Lisek na zmiany podatny bo wszystko jest wspaniałe i to od nas zależy czy wsadzi do buzi pora czy folię bąbelkową aby się pobawić. Pies jest z naszej czwórki najmocniej bio i organic bo dietę zmienił po pół roku sadzenia śmierdzących bąków i kup, które nie mieściły się do żadnej torebki na psie odchody.

Jak żyjemy teraz, co będziemy zmieniać i jak?

O tym w kolejnych wpisach. Jeśli nie możesz się już doczekać, poszukałam za ciebie naszego Fanpejdża na Facebooku ===> klik! Najlepiej ustaw sobie nasze wpisy jako wyróżnione. Nic cię nie ominie. A będzie ostro – pot, krew i łzy przy pożegnaniu z Mr Muscle do kuchni i pizzą z mrożonki gwarantowane.

Popcorn w dłoń i obserwuj!