Zero waste kontra… życie. Bez lukru

Najbliższy akapit możesz pominąć i przejść do sedna.

Cześć. To nieprzyzwoite, ile czasu minęło od ostatniego wpisu blogowego mojego autorstwa… Nie jest tak, że nic się nie działo. Zdążyłam założyć firmę, sprzedać 4 edycje kursu online naturalnego pieluchowania, dobrnąć do 1,5 tysiąca polubień na Faceboku.


Tymczasem blog biedniał i marniał, bo firma, bo etat, bo dziecko…

Ale czas mija. Firma nie działa. Kurs być może wróci, ale o tym kiedy indziej 🙂 Życie jest dynamiczne, ja też.

Teraz jestem mamą dwulatki, która wstawiła i rozwiesiła już tyle prań z pieluchami, że nie sposób zliczyć. Eksperymentuję nadal na dziecku, ale też na sobie, mężu i psie. Wiele pomysłów czeka na realizację. Wiele było wcielonych w życie, ale z czasem przechodziły, nie przeżywały próby czasu albo nie przeżywały z braku czasu (mojego).

Wniosek nasunął się jeden: łatwo jest się mądrzyć, kiedy człowiek siedzi na macierzyńskim w domu i ma odrobinę więcej czasu i wolniejszą głowę. Łatwo jest być administratorem eko grupy na fejsie, kiedy karmienie piersią trwa 2-3h dziennie i w tym czasie można sobie popykać na smartfonie.

Trudniej jest, kiedy dziecko ma już 2 lata, jest adeptem przedszkola i chce spędzać z mamą każdą wolną chwilę. Kiedy pracy jest tyle, że zamyka się firmę, za to robi się na 1 1/4 etatu. Do tego smyk wcale nie myśli o odpieluchowaniu, więc używanie pieluszek wielorazowych zaczyna przechodzić w lata. I nie ma co marzyć o lecie, bo zamiast mieszkania sobie na działce czeka człowieka etatowa praca w redakcji lokalnego tygodnika.

W związku z tym, proszę pań i panów… Jak w tym wszystkim żyć nieco bardziej ekologicznie? Co się udało, a co nie?

1. Chemia domowa: pół na pół

Wracam powoli do robienia własnych środków do sprzątania. Niestety, wszystko jest z doskoku. Jak zdążę zrobić płyn do sprzątania zanim Mąż kupi w Tesco, to 1:0 dla ochrony środowiska. Tabletek do zmywarki w tym miesiącu zrobić nie zdążyłam, kupił tradycyjne. 1:1 . A przecież jakoś zmywać trzeba.

Podsumowując: nadal sprzątam octem i papką z sody oczyszczonej. Kibelek myję boraksem. To, czego brakuje w domu, to spójny system. Ale to już moja wina.

Zbieram się do tego, by na jednej półeczce umiejscowić gotowe produkty do sprzątania, które zrobię sama: pastę do szorowania, płyn do naczyń z mydła gospodarczego (nadal używam sklepowego!), butlę z roztworem octu i kilka innych środków domowej roboty. Pora też upolować nową myjkę konopną.

2. Niemarnowanie: czas wejść na wyższy poziom

Kiedy już się pogodziłam, że nie mamy szansy cały rok mieszkać na łonie natury i trzeba wrócić do nieżyczliwych bloków, stanęłam przed dylematem kompostowania odpadków kuchennych. Bokashi odpadł w przedbiegach, bo są pilniejsze wydatki. Rozważałam jeszcze kompostownik balkonowy z dżdżownicami wg instrukcji Asi B. Ostatecznie uznałam że przy małej Lisce zabawa w budowniczych i konstruktorów jest nieco zbyt optymistycznym planem. Nie żałuję.

Chwilę pogłówkowałam i wymyśliłam jak z tego wybrnąć. Teraz obierki warzyw zanosimy zwierzętom z zaprzyjaźnionej, przyparafialnej zagródki. Są tam kozy, owce i lamy. Sara sama bardzo chętnie je karmi.

Dużo mniej wyrzucamy jedzenia. Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego ciągle nie udaje nam się planowanie posiłków. Teraz wiem, że winny był brak stabilizacji, bo tu firma, tu to, tu tamto… Teraz, odkąd jestem na etacie a Sara w przedszkolu, jasne jest, że obiady gotujemy tylko w weekendy. Trzymając się tej zasady, odpuściłam szczegółowe planowanie posiłków.

To, co nadal przede mną, to ogarnięcie Sary i jej sklepowych fascynacji. „Królują” musy owocowe i jogurty naturalne w małych kubeczkach. Młoda otwiera, zjada dwie łyżeczki i zostawia do skiśnięcia 🙁 Mam poważny plan rozprawić się z tym procederem! Może macie dla mnie jakieś podpowiedzi?

3. Dzieci produkują śmieci. I nie tylko one

Niespodziewane zakupy, upatrzony w sklepie kolorowy pakuneczek, zabawka zapakowana w tonę folii i plastiku, dni, kiedy człowiek nie ma już siły prać pieluszek i kupuje jednorazówki… I nas to dopadło. Tak, jak sama sobie umiem odmawiać, tak dziecku już mniej. Nadal borykam się z tym, żeby pokonać uczucie, że spełnianie zachcianek i wszystkich próśb Sary jest dla niej dobre. Myślę, że wielu rodziców dzieci, które zaczęły żłobek czy przedszkole ma ten problem. Kiedy nie widzimy się całe dnie, łatwiej jest mi usprawiedliwić kupienie jajka niespodzianki albo słodkiego serka z cukrowymi kuleczkami. Tyle, że to droga do nikąd.

Jak znaleźć lekarstwo? Chcę planować dużo, dużo wcześniej. Nie uczyć, że kolorowe cukierki są atrakcją albo nagrodą. Planować wspólne zajęcia po przedszkolu, kupować razem składniki i szykować więcej jedzenia w domu.

Wydaje mi się, że pójście w 100% za zachciankami jest objawem braku konkretnych propozycji od rodzica dla dziecka. To zaś jest spowodowane przepracowaniem, zmęczeniem, zbyt dużą ilością spraw na głowie. A zatem…

4. Znaleźć więcej czasu wolnego

Wbrew pozorom, to jest bardzo eko. I bardzo trudne.

Czas jest fundamentalną jednostką, jaką dysponujemy jako ludzie. Nie da się działać na rzecz ekologii, środowiska, bez czasu. Nie da się nawet okazać miłości najbliższym, bo niby jak to zrobić gdy nie ma kiedy nawet o tym pomyśleć?

Mówi się, że nasz pęd do ułatwień i idące za nim katastrofy ekologiczne to wina ludzkiego lenistwa. Moim zdaniem – nie. Uważam, że brak dbałości o ekologię i szukanie ułatwień, które są szkodliwe, to kwestia przepracowania. A co za tym idzie – szukania mniej czasochłonnych rozwiązań. Niestety, te często są porażką dla ekologii.

Nie mamy czasu zastanowić się, co oznacza jedna plastikowa butelka i 20 tych butelek po mleku wyrzuconych do kosza. Nie ma chwili by pomyśleć, co się dzieje z tymi pieluchami jednorazowymi po zdjęciu ich z pupy dziecka. I skąd człowiek ma wziąć tę chwilę, jeśli nieraz nie ma po całym dniu czasu by kupić nową paczkę jednorazówek? Gdzie jeżdżenie do rolnika po warzywa, jeśli są ludzie, którzy z premedytacją jedzą tylko pokrojone w kostkę mrożonki, by nie musieć warzyw obierać i kroić? (bo nie ma czasu)

To moja obserwacja ostatnich miesięcy. Zanieczyszczenie środowiska i chodzenie na skróty to nie jest wina lenistwa. To domena ludzi przepracowanych, bez chwili na refleksję i zadumę. I krojenie marchewki. Bo wierzę i wiem, że są ludzie, którzy pracują tak dużo i tak ciężko, że nie mają siły by marchewkę pokroić. Motywacji też nie mają, bo jej mrożony odpowiednik kupią w sklepie za rogiem.

Także, jeśli ktoś zapytałby mnie znowu, skąd w zabieganym dniu wziąć jeszcze czas na działania proekologiczne… Podpowiedziałabym, by najpierw wziął pod lupę to, ile pracuje i jak zarządza swoim czasem. I czy się w byciu „bardzo zajętym człowiekiem” za mocno nie zagalopował.