5 tricków jak żyć zdrowiej na stałe

żyć zdrowiej na stałe

żyć zdrowiej na stałe

Każdego to czasem dopada. A już zwłaszcza samozwańcze internetowe guru, chociaż wam o tym nie powie. OK, czasem powie, ale to za moment.

Doradzam innym, jak żyć zdrowo. Zachęcam do zmian. Pokazuję na sobie, że się da i że efekty są naprawdę fajne (ostatnio mi się schudło i nawet kupiłam mniejsze spodnie pierwszy raz od 7-8 lat, pryszczole sobie poszły, energii mam więcej chociaż Lisek budzi się pierdyliard razy w nocy). Ja stosuję paleo, ktośtam inny, jak np. Pepsi Eliot, poleci wam witarianizm, Zięba poleci wam dużo witaminy C. I każdy będzie miał rację. I każdy powie dobrze.

Ale mało który ekspert internetowy od tego, jak macie żyć i jeść (nazwijmy rzeczy po imieniu, czytasz mnie i próbujesz moje rady wcielać w życie, więc uważasz mnie za eksperta, prawda?) powie ci, że czasem ma dosyć. Że czasem już go szlag trafia, więc ucieka do Trójmiasta, obżera się jak szalony słodyczami, croissantami, pizzą, niezdrowym, szybkim żarciem i niezdrowym, slow żarciem. Tak, o mnie mowa.

 


Tak nam było dobrze. Zjedliśmy tyle ciastek, że nie mogliśmy się dotoczyć do Gdańska Wrzeszcza na pociąg do centrum. Było bosko. Nie żałuję.

Żałuję natomiast, że nie potrafię dojść do siebie po tym wszystkim. Niby wracam do zdrowego żywienia, ale po taaakim zepsuciu obyczajów moje zasady paleo jakoś mniej mnie się pilnują. Jakby wszystko się rozłaziło i szło swoimi drogami.. Tu smoothie z owoców, tam sernik „na pocieszenie”. Tu zdrowy obiad, tam pizza, bo „znowu w życiu mi nie wyszło”.

Moje rozchwianie przypłaciłam grypą jelitową (osłabiona odporność po końskiej dawce śmieciowego jedzenia), efektem jojo, złym samopoczuciem, bólem głowy, zepsutym stanem cery.

Nie polecam.

Zaczęłam natomiast myśleć, jak wrócić do równowagi, bo przecież chcę zdrowo i paleo, i smakowicie, i żeby dawać ciału dobre paliwo. Oto, co mi z tego wyszło:

1. Oczyść organizm

Ciało po szalonym rollercoasterze wydarzeń, wpadek i junk food potrzebuje resetu. Ja nasze oczyszczenie opisałam w poście #RESET – oczyszczanie organizmu . Mikstury Słoneckiego już nie stosuję, bo to szarlatan i bioenergoterapeuta, a ja na bioenergoterapię mam takie poglądy jakie mam, więc nie polecam. Jak zatem się oczyścić?

Codziennie rano wypij wodę z sokiem z cytryny. I już. Do tego możesz włączyć napar z czystka, o którym dużo informacji znajdziesz np. w Akademii Witalności. Nie przesadzaj z oczyszczeniem. Organizm, kiedy zamienisz złe jedzenie ponownie na wartościowe i odżywcze, sam dokona oczyszczenia.

2. Znajdź zastępniki

Miewasz ochotę na słodkie? Opracuj własne przepisy na zdrowe słodycze lub zbierz w jednym miejscu fajne receptury. Może zainspiruje cię Liskowy Instagram?

 

Jeszcze przed piecykowaniem. Kto chce przepis – musi zgadnąć, co jest jego bazą 😀 Do dzieła! ❗❗❗

Post udostępniony przez Monika Grzegorzewska (@liseko.blog)

Zachomikuj też w kuchennych szafkach przekąski: daktyle, morele, śliwki suszone, orzechy.

3. Planuj posiłki

Z tym mam zawsze największy problem, bo jestem typem spontanicznym. Ale przyznaję – gdy planuję, co będziemy jeść w danym tygodniu (nie tylko obiady, proszę państwa, o nie! śniadania i kolacje też), potem robimy zakupy według listy, to, prócz zmniejszenia ilości wyrzucanego jedzenia, udaje się zmniejszych ilość „wpadek” w okresie przejściowym między niezdrowym trybem życia a życiem pełnym witalności 🙂 Warto zatem raz w tygodniu usiąść, pomyśleć, przygotować przepisy.

4. Uzdrów swoje relacje z jedzeniem

Bardzo mądrze pisała o tym moja ulubiona blogerka kulinarna, Katarzyna Karus:

Bywa i tak, że postrzegamy swoją dietę (…) jak nie lada wyzwanie, coś praktycznie niewykonalnego, kompletną rewolucję, której przeprowadzenie może dorównać trudnością wyprawie na K2. Takie podejście powoduje, że sami utrudniamy sobie zadanie. Budujemy napięcie, nakręcamy się w negatywnych emocjach. W efekcie padamy przy pierwszym lepszym starciu bo tego napięcia nie wytrzymujemy.

(…)

Nasz umysł być może jest skomplikowany a nasza psychika nie do końca zbadana ale jeśli chodzi o tak podstawowe aspekty życia jak jedzenie i nagradzanie to jesteśmy skonstruowani dość prosto. Jeśli każdą okazję do świętowania powiążemy z jadalną nagrodą to szybko się okaże, że będzie to jeden z niewielu bodźców, które będą w stanie nas wprowadzić w dobry nastrój.

(…)

Emocjonalna więź z jedzeniem może być utrwalana również w zupełnie przeciwnych okolicznościach. Kiedy po ciężkim dniu w pracy (co gorsza głodni) po drodze do domu wpadamy do sklepu, kiedy staraliśmy się o coś co nam się nie udało, kiedy spadły na nas wiadomości z którymi nie mogliśmy sobie poradzić. Wszystkie negatywne emocje sprawiają, że czujemy nieodpartą chęć osłodzenia sobie życia. I znów jedzenie staje się jedynym pozytywnym bodźcem. Kiedy utrwalimy sobie taką reakcję będziemy chcieli do tego bodźca wracać i w końcu możemy się zapętlić.

Mogę się podpisać pod każdą z tych diagnoz. Jedzenie dla wielu z nas (w tym także dla mnie) staje się nagrodą/nagrodą pocieszenia/polem walki. I po co?

No dobra, a jak sobie z tym poradzić? Znów – znajdź zastępnik. Negatywne emocje można zwalczać nie tylko tabliczką czekolady. Medytacja, wysiłek fizyczny, książka, dobra rozrywka, modlitwa, zajęcie się swoim hobby. To pierwsze kroki do uzdrowienia relacji z jedzeniem.

5. To, co robisz, rób dla siebie

Jeśli naszą motywacją są inni ludzie (mąż, dzieci, przyjaciółka), początkowo myślimy że to świetne rozwiązanie, bo przecież ustawiając motywację na zewnątrz, mamy kogoś, kto będzie nas „pilnował” i przed kim odpowiadamy. Nic bardziej mylnego. Bo przecież wystarczy, że ta nasza ważna osoba nagle zrezygnuje, potknie się, albo pociągnie nas za sobą za mocno i zrezygnuje ze zmian. I co, mamy pobiec za nią? A jakie jest wyjście, skoro jedynym powodem i motorem zmian był inny człowiek?

To, co robisz, rób dla siebie. To twoje życie, twoje zdrowie, twoje ciało. Oczywiście, ciężko jest żyć po swojemu, gdy otoczenie żyje inaczej; zwłaszcza, gdy ma się wspólny dom, kuchnię, lodówkę, je się razem posiłki. Ale da się. Jest to trudne, ale pokonanie tej przeszkody nie jest niemożliwe i czyni nasze postanowienie jeszcze silniejszym

..

Wpadłam w dołek jedzeniowy. Niepotrzebne to było, głupie, złe. Plan, który wam przedstawiłam, napisałam także dla siebie. Pora wyjść z dołka. Pora się ogarnąć.

A dla ciebie mam specjalną ofertę: mogę zostać twoim osobistym motywatorem. Podsuwać ci pomysły na zmianę na lepsze. Regularnie dawać ci kopa do działania. Rozbawiać z rana i pomagać z podsumowaniem na koniec miesiąca.

Jak możesz to wszystko dostać?

Zapisz się już dziś na Pozytywny Newsletter – Żyję eko z Liseko! Znajdziesz w nim podpowiedzi, jak zmieniać życie na naturalne w małych krokach, jak się motywować, jak otaczać się pozytywnymi myślami.

Nie spamuję i nie przynudzam, to drugie już od dawna wiesz 🙂

Zatem daj się zmotywować i już teraz zostaw mi namiar na siebie!

Kliknij w obrazek, aby się zapisać!
Kliknij w obrazek, aby się zapisać!

 

 

Zielsko, co samo zmywa gary

ekologiczny proszek do zmywarek

ekologiczny proszek do zmywarek

Lubię leniuchować. Odpoczywać. Leżeć. Wtulać się w podusię jak ta śliczna koala w drzewko eukaliptusowe. Pachnieć świeżością i jeszcze żeby mi ktoś co dobrego do picia podał, smaczny kąsek i spać, spać, spać…

Żeby leniuchować, trzeba mieć czas. A obowiązki domowe gonią – posprzątać, pozmywać, pozamiatać, zrobić pranie…

Kupiliśmy jakiś czas temu zmywarkę. Cieszyłam się jak głupia, bo zmywać nienawidzę bardziej niż wszystkich innych czynności domowych razem wziętych. No i, proszę państwa, jaka ekologia! Wody się zużywa mniej, no cud miód i orzeszki. Do czasu, gdy urodziła się Lisek i zaczęłam poważniej przyglądać się temu, jakich środków (w tym tych do sprzątania) używamy w domu. No a zmywarka, jak wiadomo, wymaga: soli, tabletek, nabłyszczacza… Na chłopski rozum – ile przeróżnych substancji trzeba zmieścić w małej kosteczce, aby pozmywała coś bez udziału moich rąk? No niby „tabletki do zmywarek przeznaczone są do zmywarek, więc nie ma w nich toksycznych substancji”. Czy na pewno?

Z czego składają się tabletki do zmywarek?

O składzie tabletek do zmywarek możemy przeczytać między innymi na blogu Organicznych. Idąc za ich analizą i wnioskami, tabletki te zawierają fosforany, wybielacze, polikarboksylaty, niejonowe środki powierzchniowo czynne, enzymy trawienne i kompozycje zapachowe, czyli perfumy. I co wy na taki skład? Oczywiście wszystko jest w normach ustalonych przez odpowiednie organy, ale kto ustala te normy? I jaką mamy pewność, że obecna dopuszczalna norma faktycznie jest normą, która nie spowoduje uszczerbku na naszym zdrowiu? 

Dodatkowo do zmywarki wlewa się nabłyszczacz. Na przykładzie produktu firmy Ludwik, zawiera on 2-hydroksy-1,2,3 propanotrikarboksylowy kwas monohydrat, Natrium-p-cumolsulfonat, Kumenosulfonian potasu. (Pełną analizę toksykologiczną znajdziecie pod tym linkiem). Co, mam nadzieję, ważne dla każdego, produkt ten jest testowany na zwierzętach – szczury dostawały dawkę składników doustnie, króliki miały ją aplikowaną na naskórek.

Dlaczego nie polecam tradycyjnych tabletek

W czasach, gdy każdego dnia odkrywa się kolejne możliwe przyczyny występowania nowotworów, które dotąd uznawano za nieszkodliwe (np. opary z silników Diesla), nic nie jest w stu procentach pewne. Nie chcę przykładać ręki do tego, że moja rodzina może być narażona na szkodliwe działanie substancji chemicznych. Oczywiście, są osoby, dla których badania naukowe są niepodważalnym źródłem wiedzy i pewnikiem, o który należy opierać argumentację. Wystarczy jednak porównać stan badań na przestrzeni lat w dowolnej dziedzinie, żeby zauważyć, że z naszych obecnych wniosków kolejne pokolenia mogą się zwyczajnie śmiać. Jaką ja mam na to metodę? Powrót do natury – nie używanie złożonych i skomplikowanych w składzie środków tam, gdzie nie jest to konieczne; nie wszystko musi przejść przez laboratorium, aby było skuteczne (wystarczy porównać sobie efekty w sprzątaniu kuchni mleczkiem cif a sodą kalcydowaną).

Ekologiczny proszek do zmywarek

Kupiłam go przy okazji którychś ekozakupów. Jaki ma skład?

  • 100% olejek eukaliptusowy (już wiecie skąd zdjęcie koali)
  • węglan sodu
  • nadwęglan sodu
  • tripolifosforan sodu

Każdy z tych składników jest biodegradowalny, czyli, rezygnując z ekożargonu – nie zanieczyszcza środowiska.

Na jedno zmywanie używa się go 20g, odmierzając specjalną miarką dołączoną do opakowania. Niestety, zarówno opakowanie jak i miarka są plastikowe. Dostajemy 400g produktu, które wystarcza na około 20 zmywań. Jak zapewnia producent, nie wymaga soli i nabłyszczacza. Opakowanie na stronie producenta kosztuje 28 zł, zatem, jak łatwo policzyć, koszt jednego zmywania to 1,40 zł, nie doliczając kosztów wysyłki produktu.

ekologiczny proszek do zmywarek, zdjęcie ze strony producenta
ekologiczny proszek do zmywarek, zdjęcie ze strony producenta

Jak się sprawdził? Bardzo fajnie. Wszystko dozmywał, nie zostawił resztek, za to zostawił piękny zapach eukaliptusa. Faktycznie nie wymaga nabłyszczacza – przy używaniu tradycyjnych tabletek bez nabłyszczacza często, zwłaszcza szkło, pozostawało lekko matowe. Proszek zniwelował ten problem. Miarka jest wygodna, opakowanie łatwe w zamknięciu. Wadą jest moim zdaniem to, że nie ma ono zabezpieczenia przed dziećmi, choć jest to środek drażniący.

Olejek do produkcji proszku i innych produktów tej linii sprowadzany jest z Australii, co dla zwolenników lokalnego życia i zakupów również będzie wadą.

Czy będę go kupować regularnie? Dla mnie zawsze istotny jest aspekt finansowy. Nasz dotychczasowy zestaw tabletki+sól+nabłyszczacz, który wystarczał na ok. 50 zmywań, to koszt 70 zł. Zatem cenowo wychodzi bardzo podobnie. Niektórzy mówią, że śmiało można zrezygnować z soli i nabłyszczacza przy tradycyjnych tabletkach, jednak ja zauważam różnicę w jakości zmywania, zatem zestaw był stale kupowany. Przy stosowaniu ekologicznego proszku do zmywarek problem uzupełniania soli i nabłyszczacza odpada.

Dla kogo jest ekologiczny proszek do zmywarek?

Dla osób, które z różnych powodów nie chcą produkować środków do zmywania same lub jeszcze nigdy nie próbowały zmywać inaczej niż konwencjonalnymi tabletkami, a do tego chcą żyć naturalnie i wyrzucić „chemię” z domu. Ja będę proszek kupować raz na jakiś czas, a obecnie pracuję nad własnym przepisem na tabletki, zatem – wyczekujcie 🙂

Pozdrowienia, Mama Liska

 

 

 

Jak Mama Liska spaliła buraka

właściwości buraka

właściwości buraka

Popełniłam niedawno wpis o nieszczelności jelit (patrz: Policz swoje dziury), bo dla mnie odkrycie jak wielką rolę odgrywają ludzkie jelita, było przełomowe w moim myśleniu o zdrowiu i jedzeniu. Ostatnio udało mi się nawet wyczytać, że jelita są jak nasz drugi mózg, a ich sprawność ma ogromne znaczenie dla pracy umysłu i psychiki.

Spaliłam jednak buraka w tym nieszczęsnym i szczęsnym wpisie o dziurach. Dlaczego? Podałam wam przepis na test buraczany (w skrócie: wypij sok z burola, jak masz dziury to wysikasz się na czerwono). Niby ma to sens, niby Słonecki szarlatan jeden wyjaśnił czemu tak się dzieje (swoją drogą mikstury Słoneckiego już nie pijem, bo to bioenergo a my takich nie uznajemy). Nauka jest dla mnie prosta na przyszłość: nie wierzyć za łatwo, nawet jeśli ktoś jest na całą Polskę czytany i cytowany, i wydał kilka tomisk książek o zdrowiu. Nie wierzyć i już.

To jak to jest z tym kolorem buraka?

Burak zawiera wspaniałą substancję, o której za chwilę rozpiszę się mocniej. Zwie się ona betanina. Betanina sprawia, że burak ma czerwony, piękny kolor. Dlaczego jednak pojawia się on w moczu tylko u niektórych, by zniknąć po zmianie diety na zdrowszą? Sekret nie tkwi w nieszczelności jelit, ale w ogólnej sprawności trawienia. Organizm dobrze odżywiony lepiej radzi sobie ze strawieniem betaniny, stąd mocz po zjedzeniu buraka u osoby np. na diecie paleo pozostaje bezbarwny. Natomiast jeśli organizm funkcjonuje na śmieciowym jedzeniu, siusiu będzie czerwone. I cała filozofia, a test buraczany, niestety, można o kant d… potłuc.

Czy warto jeść buraki?

No pewnie, że warto. Szklanka soku z buraka dziennie to doskonały lek na anemię. Mało tego! Wspomniana wcześniej betanina jest przeciwutleniaczem, który wykazuje działanie antynowotworowe. Pewnie, samym burakiem raka nie wyleczysz (choć niektórzy zapewne próbowali), ale profilaktyka nowotworowa powinna zaczynać się właśnie od zmiany diety.

Co jeszcze może zdziałać nasz czerwony przyjaciel? Wspomaga pracę jelit i usuwanie z organizmu toksyn, co jest bardzo ważne przy chorobach autoimmunologicznych (pisałam o tym we wpisie #RESET!). Dla osób o zaburzonej w organizmie równowadze kwasowo-zasadowej (o tym dopiero będę pisać) burak jest pomocny od strony alkalizacji – ma silne działanie zasadotwórcze. Jedzony na surowo powoli uwalnia energię, ma też niski indeks glikemiczny.

Pod jaką postacią?

Kiszone, surowe, pieczone… No jakie chcesz! Każdy z nich będzie miał trochę inne właściwości, np. IG, ale prawda jest taka, że wszechstronność buraka nie zna granic. Ja mam na oku buraczane brownie, smoothie z buraczkiem i buraki kiszone. Btw, robiliście kiedyś zawas z buraków na barszcz? No kurczę, jest tyle możliwości! Jak myślę, że jeszcze niedawno jedyny burak jakiego tolerowałam to ten rozgotowany w zupie, to robi mi się słabo…

Będę te przepisy testować i dzielić się na Instagramie. Powiem wam, że zdrowie życie wciąga. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się dziwne, ekoświrnięte i nie do zrealizowania w życiu, nagle staje się potrzebne i pożądane.

Wystarczy bowiem zauważyć pozytywne rezultaty. Czego na Nowy Rok sobie i Państwu życzę.

hi hi hi

Ale z ciebie cielę! (prawdopodobnie)

nabiał a łuszczyca
nabiał a łuszczyca
nabiał a łuszczyca

Mało która blogerka obraża czytelnika już w tytule wpisu. Jak obraża, to znaczy, że to musi być Mama Liska i że jest z Tobą do bólu szczera bo znów chce ci przekazać prawdę życiową, która być może uratuje ci zdrowie albo chociaż poprawi samopoczucie. Zamiast wpisywać w kółko w Google „nabiał a łuszczyca”, „przetwory mleczne w hashimoto”, „azs a mleko krowie”, posłuchaj, co mam Ci do powiedzenia.

25% czytelników tego bloga to osoby z chorobami autoimmunologicznymi (łuszczyca, Hashimoto itd). Łuszczycę ma 25% mojej rodziny, czyli Mąż. Niektóre osoby z łuszczycą wiedzą już, co im szkodzi i tego unikają. Niektóre osoby, co ot tak, po prostu zaczęły żyć zdrowo także wywaliły z diety zdradliwe produkty i widzą poprawę. Czemu Ty nie miałbyś tego zrobić?

Czemu z Ciebie cielę? A no bo (prawdopodobnie) pijesz krowie mleko. Jak większość naszej populacji. Nie wiem, czy warto zasypywać Cię zdaniami rodem z kazania niedzielnego, że błogosławieni ci, a potępieni ci (na szczęście są księża, którzy umieją mówić ciekawie i z sensem, no ale tak długo, jak „grzmienie z ambony” będzie modne, tak długo porównanie będzie trafne); wypiszę Ci kilka faktów, a Ty nad nimi pomyśl, okej?

Fakty o mleku krowim i nie tylko

  • nietolerancję laktozy (obecnej w mleku krowim) ma około 25% europejczyków. Jej objawy to m. in. biegunki, wzdęcia, bóle brzucha, kolki, nudności, wymioty, zgagi…. ach, wymieniać można i wymieniać. wyguglaj sobie.
  • kazeina, z której w większości składa się mleko, okropnie uczula. Syfi jelito i jest zabójczo skuteczna w zaostrzaniu chorób o podłożu autoimmunologicznym.
  • wapń nie chroni kości, dużo ważniejsza jest witamina D. Za to zakwasza organizm, uruchamiając mechanizm wypłukiwania wapnia z kości. (więcej)
  • wapń może zwiększyć ryzyko zachorowania na raka. „Badania pokazują, że wyższe spożycie wapnia i produktów mlecznych, może spowodować wzrost ryzyka raka prostaty o 30 do 50 procent. Plus, konsumpcja mleka zwiększa w organizmie poziom insulinopodobnego czynnika wzrostu-1 (IGF-1) – – znanego czynnika rakotwórczego.” (czytaj więcej tu).
  • osteoporoza występuje głównie w kulturach, w których spożywa się dużo nabiału
  • jeśli powyższe argumenty Cię nie przekonują, podaję Ci link do artykułu, w którym wymienione jest bardzo ładnie z dużą ilością grafik, zdjęć i tabelek 11 powodów, dla których nie warto pić mleka krowiego.

Jednak nie na tym chciałabym się skupić. O szkodliwości mleka UHT można poczytać wszędzie, o złym wpływie na Twoje zdrowie pasteryzowanego nabiału (czy tam nabiału na mleku w proszu, jeden ch..omik) mówi Ci już nawet rubryka „zdrowie i ty” w Pani Domu (kurczę, nie wiem nawet czy taka rubryka istnieje ani czy wydają jeszcze Panią Domu…). To tak jest – człowiek niby wszystko wie, wszystko już czytał, przejrzał, obświetlił. Ale jeśli jesteś chociaż trochę podobny do mnie, to zadajesz sobie to kluczowe, ważne pytanie, które ja zadawałam sobie jeszcze dwa i pół tygodnia temu:

Jak, kurczę bladę, żyć bez nabiału?

Bo ja kocham mleko, ser, twarożki, jogurciki, serki pleśniowe, shake’i, lody (taaak, lody to też w większości nabiał ^^). Jak żyć, panie premierze?

No to jak jest bez nabiału?

No jest cinżko, co ja wam będę kadzić. Kawa bez pianki mlecznej to już nie to samo, z serem żółtym nieco lepiej bo nie jemy też pieczywa (o tym jeszcze napiszę), więc nie ma za bardzo i tak na co położyć tego żółtego plasterka. Ni ma miski twarogu na śniadanko, ni ma małego jogurtu w lodówce jak człowiek by chciał coś chapnąć na szybko (przy ząbkującym Lisku ostatnio ciągle chapię coś na szybko, co nie jest za bardzo slow, ale spróbujcie półrocznemu dziecku wytłumaczyć ideę slow to w połowie zacznie płakać i rzucać grzechotkami i gryzakami).

„No dobra kobito, ale ja przyszedłem tu po dobrą radę jak nie jeść nabiału, a nie opis jak będzie mi brakować nabiału”.

Kluczem do odstawienia nabiału jest pomyślenie o tej kawce z pianką, o lodach śmietankowych, o twarożku. I świadome pożegnanie.

Brzmi ckliwie, ale tak jest. Można się oszukiwać, można zastępować (a nawet trzeba), ale jeśli nie podejmiesz wewnątrz twardej decyzji, że odtąd, dla swojego zdrowia i dobrego samopoczucia, nie jesz przetworów mlecznych, nic z tego nie będzie. Bo to nie o dietę tu chodzi, a o zmianę stylu życia. Jeśli brakuje Ci motywacji, zapraszam na nasz fanpejdż, gdzie dodaję motywacyjne wpisy:



instagram, gdzie pojawiają się foty z przepisami:



No dobra, a co jeść zamiast serka?

Ja wychodzę z takiego założenia, że nie od razu Kraków zbudowano (a może to jest założenie pokoleń Polaków i stąd to powiedzenie?). Nie nauczę się z dnia na dzień jak robić jedzenie rodem z helfi plen baj enn czy fanpejdża Chodakowskiej. Musiałabym wykupić cały ekosklep i naładować szafkę nasionami szyja, mąką bezglutenową kasztanowo-orzechowo-orkiszowo-żołędziową i mlekiem ultrasojowo-migdałowo-nerkowcowym nieuhate a na to zwyczajnie nie mam kasy. Jestem zwolenniczką małych kroków, w przeciwieństwie do Męża, który jest wyznawcą cięć radykalnych. Zatem pociesz się, że ja mam trudniej niż ty – z dnia na dzień zniknął z naszego domu chleb, zniknęły mąki i wszystkie przetwory mleczne, a także cukier… Dlaczego? Czytaj w moim wpisie #RESET o tym, jak zmieniliśmy swoje życie.

Którąkolwiek metodę wolisz, ja zachęcam cię póki co do odstawienia przetworów mlecznych, tak na dobry początek. Jest masa zastępników mleka krowiego, jeśli już musisz mieć w lodówce mleko. Oczywiście, nie będzie ono pachniało siankiem i krowim plackiem, ale będzie mlekopodobne z kształtu i wyglądu – białe, lejące, nadające się do owsianki, kawy, ciasta. Można je kupić lub zrobić samodzielnie, ja mam o tym ulubiony wpis na tym blogu i zachęcam Cię do poczytania, mnie już się nie chce na ten temat rozwodzić. Jestem leniem, więc nie robię mleka samodzielnie, nie kupuję też go.

Kawę zaczęłam pić gorzką z miodem i mnóstwem przypraw (ostatnio kakao i cynamon), czasem od wielkiego dzwonu kupię mleko migdałowo-ryżowe w Tesco bo jest słodkawe i miło się pieni.

Owsiankę jem na wodzie, co w teorii wydawało mi się okropne, w praktyce zaś jest świetne – smak praktycznie się nie zmienił, kwestia dobrania odpowiednich dodatków. U mnie najczęściej rodzynki, wiórki kokosowe, daktyle i czasem banan. Płatki z dodatkami zalewam wodą i wrzucam do mikrofalówki. Dla lepszego efektu można tą wodą zalać wieczorem i rano z wody wytworzy nam się lekkie mleko kokosowe, no bo dodaliśmy wiórki. Dla mnie bomba.

 

Ciasta robię kruche, więc mleka nie trzeba. Zamiast śmietanki do kremu – mleko kokosowe z dużą zawartością tłuszczu (np. 22%) spokojnie się ubije.

Zamiast serów – wędliny. Docelowo z mężem chcemy żyć zgodnie z dietą paleo, więc nasze śniadania wyglądają coraz bardziej nietypowo (pieczony boczek, awokado z jajem, talerz pełen wędliny, wędzona ryba, takie tam). Wegetarian nie pouczam, bo chyba teraz już ledwo występują, każdy przeszedł na weganizm (zupełnie się nie dziwię).

No i tyle… Co jeszcze jadacie z produktów mlecznych? My resztę po prosu wykluczyliśmy, starając się urozmaicać sobie posiłki tak, aby nie brakowało nam jogurcików i innych cudeniek. Kluczem do trzymania się nowego stylu życia jest planowanie, o tym jeszcze napiszę.

No i co Ty na to? Jesteś cielakiem? A może już trochę mniej?…

nabiał a łuszczyca
nabiał a łuszczyca

Co gryzie Liska

naturalne sposoby na ząbkowanie

naturalne sposoby na ząbkowanie

Walczyłam kilka dni. O chwilę czasu wolnego, aby usiąść do laptopa i trzasnąć nowy wpis. Pięć minut i byłoby gotowe… No właśnie. Jak ktoś już dziecko albo więcej dzieci ma, to wie, że czas wolny staje się wtedy pojęciem abstrakcyjnym. A jeśli dziecko ZĄBKUJE, to nawet czas, który już mamy zajęty, zdaje się pędzić jak szalony i to w dodatku w przepaść bezdenną.

Postanowiłam zatem przestać walczyć. Wpisów nie było (podobno są takie matki blogujące, co wpisy tworzą na raz jednego dnia i przez cały tydzień dodają gotowe, i w ogóle wszystko mają zorganizowane, poukładane i zaplanowane. Być może to jeszcze nie mój stopień wtajemniczenia. Na pewno to nie mój stopień wtajemniczenia); facebook uaktualniony tyle o ile, Instagram najżywszy bo z dzieckiem wiszącym u piersi można jakośtam poklikać na smartfonie (trzeba ino uważać, aby się telefon nie wyślizgnął i dziecka nie pacnął w łepetynkę).

Przestałam walczyć. Zamiast poświęcać czas na układanie w głowie wpisu o oczyszczaniu, jelitach, pieluchach wielorazowych, wkładkach które z powodzeniem testujemy, postanowiłam napisać o tym, co na wyciągnięcie ręki.

Panie i panowie – jak naturalnie przejść przez ząbkowanie?

Odpowiedź nie jest wcale taka oczywista, bo przecież jak dziecko boli i płacze, i się męczy, to chcemy jak najszybciej mu pomóc – żeby nie bolało, żeby się nie męczyło, żeby go z nerw nie udusić. Żeby wszystko jakoś funkcjonowało. Niby nauka nie udowodniła, że objawy uznawane przez większość rodziców za spowodowane ząbkowaniem mają z nim cokolwiek wspólnego (pisały u tym dziewczyny z mataja.pl), ale prawda jest jedna – jakimś dziwnym trafem wszystkie dolegliwości typu katar, odparzające kupy i inne dziwactwa trafiają się dzieciom akurat w okresie ząbkowania. Stąd okres ten uważam osobiście za nasze małe domowe piekiełko, a tobie czytelniku i czytelniczko zostawiam pod rozwagę kilka akapicików do poczytania i zastosowania.

Co na co przy ząbkowaniu?

Gdy boli

  • masowanie dziąseł stosujemy z powodzeniem. Niby internety mówią, że trzeba by do tego używać mokrej pieluszki tetrowej albo specjalnej nakładki na palec… ale wiecie co? masuję jej te dziąsełka czystym palcem wskazującym. Uważam, że efekty są bardzo dobre, o ile się nie kryguję i masuję naprawdę porządnie, dość mocno i z uciskiem. Po takim masażu następuje moment ulgi, który można wykorzystać np. na podanie piersi (wiecie, że w mleku kobiecym są środki naturalnie uspakajające dziecko? 🙂 taki mały trick mam karmiących piersią)
  • Mamo, daj pogryźć! Schłodzonego gryzaka, schłodzonego pora, schłodzoną marchewkę, czy znów – palec. My bez specjalnego przejmowania się po wieczornym umyciu rąk bawimy się w obgryzanie paluszków i kosteczek w paluszkach mamusi; Lisek nie ma jeszcze żadnego zębisza, więc mnie nie podziabie do krwi, a jeszcze jak miała 3 mce i zęby już jej dokuczały, dając jej własną rękę do zabawy nie bałam się, że wetknie coś za głęboko. No i przy okazji mogłam pomacać czy już coś wyłazi 🙂
  • żelik. I tu wyznanie moje, żem zgrzeszyła – jak tylko ząbkowanie zaczęło nas przerastać (a nastąpiło to baaardzo szybko), wysłałam Męża do apteki całodobowej po „cokolwiek na ząbkowanie”. Mąż kupił Bobodent którego absolutnie nie polecam. Działa tylko chwilowo, ale to pół biedy. Ma substancje szkodliwe dla dziecka. Poczytasz o tym np. tu. Cytuję: „Ze względu na Raport FDA (U.S. Food and Drug Administration) z czerwca 2014 roku który wskazuje, iż dzieci nie potrzebują środków o działaniu znieczulającym na dziąsła. Środki te wykazują bowiem działanie kilkunastominutowe, a podawanie ich dziecku wielokrotnie w ciągu dnia może doprowadzić do niebezpiecznego przedawkowania, objawiającego się w najlepszym wypadku sennością, a konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze np. drgawki, zaburzenia widzenia, uszkodzenia mózgu czy problemy z sercem. Pojawiały się także przypadki śmiertelne. Z kolei benzokaina, co prawda niezwykle rzadko, może doprowadzić do zaburzenia nasycenia krwi tlenem.”Pod tym samym linkiem znajdziesz listę bezpiecznych medykamentów na ulgę w ząbkowaniu. Teraz będę mądrzejsza i gdy sytuacja znów nas przerośnie kupimy któryś ze specyfików ziołowych lub homeopatycznych.
  • dobre zioło – dla dzieci, które już rozszerzają dietę, do picia. Dla tych na mleczku tylko i wyłącznie – do przemywania dziąseł. Szałwia lub rumianek (działanie przeciwzapalne)

Gdy męczy katar

  • odciągamy, bo nie daje spać, nie daje jeść, mdli, a im go więcej tym większe ryzyko infekcji; katar nam się zmieni w ropny i spłynie do oskrzeli, a dalej to już wam pediatra opowie. My odciągamy urządzeniem o wdzięcznej nazwie „Katarek”, które podłącza się do odkurzacza (spoko maroko, „Katarek” zmniejsza ssanie także razem z gilami nie wyciągnie wam nosem mózgu tudzież innych narządów dziecka). Polecam bo: 1. jest szybki 2. jest dokładny 3. nie trzeba bawić się w odkurzanie glutów własnym wdechem jak przy innych aspiratorach. Gruszka mam nadzieję w żadnym domu już nie występuje… Ważne! Przed i po użyciu „Katarka” zakraplamy nos solą fizjologiczną lub własnym mlekiem, które działa nawilżająco i przeciwzapalnie. Warto też dzieciaka ułożyć na brzuchu żeby grawitacja była po naszej stronie, chyba że egzemplarz już pełza/raczkuje/chodzi, wtedy wiadomo że trzeba przygnieść poduszką do maty i na chama ^^
  • maść majerankowa 100% natury 🙂 Taniutka, działa kojąco na śluzówkę i wydziela łagodny olejek eteryczny
  • olejek miętowy na pidżamkę ale nie przesadźcie. Powyżej 3 kropel śmierdzi przez tydzień w całym pokoju, sprawdzone 😀

Gdy nie chce się odbić

Polecam zwyczajnie chustę. Lisek przy ząbkowaniu zmieniła się w bekającego potwora (prawdopodobnie przez nadmiar śliny). Próbowałam ją nosić, poklepywać, przerzucać przez ramię, masować. Wszystko na nie i i tak nie chciało się odbić. Chusta rozwiązała nasz problem – teraz Lisek sobie beka te 30-40 minut, których potrzebuje, a ja mogę w tym czasie coś upichcić.

Gdy jest gorączka

Wyjaśnijmy – gorączka to powyżej 38 st. Sio do lekarza. Natura zna tu tylko czas i schładzanie, ale pamiętajmy, że to medycyna zmniejszyła poziom umieralności niemowląt. Warto jej czasem zaufać. Warto też zamówić wizytę domową bo przy zębach spada odporność.

Wysypki, „naderwane ucho”, odparzenie

Szczegółowo o naturalnym postępowaniu przy odparzeniach pisałam tu. Jeśli natomiast dziecko od śliny dostaje wysypki, nerwowo szarpie uszy, polecam olej kokosowy do smarowania. Łagodny, dobrze działa na zmiany skórne i drobne ranki.

Ogólna drażliwość

Z tym u nas największy problem. Ponieważ jesteśmy rodziną aktywną, dużo się u nas dzieje i co chwilę ktoś wpada, ciężko Liska wyciszyć, bo sami żyjemy w lekkim rozgardiaszu. Pracuję obecnie nad tym aby:

  • szybko reagować na oznaki senności, takie jak ziewanie, tarcie oczu, lekkie rozdrażnienie
  • tonować bodźce w ciągu dnia i dbać, aby nadmierna aktywność była zawsze zakończona dłuższym odpoczynkiem
  • dużo wietrzyć, mieszkanie i głowy, to znaczy otwierać często okna i dużo spacerować na powietrzu
  • niwelować wybudzanie się – od jakiegoś czasu przy każdej drzemce chodzi u nas „szumiś”, czyli dźwięk szumu fal, śnieżycy lub suszarki z YouTube. Aby go użyć skutecznie, staram się go włączać przy usypianiu lub kiedy Lisek już zaśnie i chcę ją odłożyć. Szum neutralizuje dźwięki spoza jej pokoju (nie muszę chodzić na palcach), kojarzy się z brzuchem mamy i beztroskim okresem prenatalnym) oraz wprowadza ogólnie senny, monotonny nastrój.
  • pierś na żądanie, choćby tych żądań było miliard w ciągu dnia. Co tu dużo mówić – jestem na każde zawołanie. Plan jest taki, że wychowam w ten sposób dziecko, które wie, że może na mnie zawsze polegać.
  • jeden rytuał wieczorny, który powtarza się codziennie i kończy snem. U nas: chwila zabawy, chowanie zabawek w pokoiku, nalewanie wody do wanienki, słuchanie kołysanek, „dobranoc Tatusiu”, pierś i spać. Oczywiście różny to ma skutek, ale sam fakt, że istnieje niezmienny schemat, działa na Liska kojąco.

Tricki z ostatniego akapitu zaczerpnęłam z książki „Zasypianie bez płaczu” małżeństwa Searsów, napisanej w duchu Rodzicielstwa Bliskości. Serdecznie polecam.

A jakie są wasze metody na ząbkowanie? Może używanie bursztynu, o którym pisałam tutaj? Jak efekty? 🙂

Policz swoje dziury

czy mam szczelne jelita

czy mam szczelne jelita

Oczywiście, że sprawdzanie czy mam szczelne jelita to bzdura

Taki tekst usłyszałam na dobry początek wprowadzania dobrych zmian w moim życiu. Jeszcze że to „gusło lepsze niż stawianie baniek” i „czego ci ludzie nie wymyślą, żeby zarobić pieniądze”. No fajnie, fajnie. Nie wiem czemu, ale większość ludzi wokół zdaje się totalnie nie być zainteresowanych tym, że jeden z największych narządów ich ciała może być dziurawy jak ser szwajcarski. Nie ma refleksji nad faktem, jak to może wpływać na zdrowie. Jest za to duużo powątpiewania i znów „skoro margarynę sprzedają w sklepach, to na pewno jest zdrowa”. Jak to mówi mój kolega – pewność dzieli, prawda łączy. Oczywiście kolega jest ze studiów polonistycznych i miał na myśli zasadę pisania „na pewno” oddzielnie i „naprawdę” łącznie, ale jest to bardzo mądra myśl – prawda jest tylko jedna i to bzdura, że każdy ma swoją prawdę. Za to pewność, że „moje jest najmojsze” i że „racja jest po mojej stronie” prowadzi do niepotrzebnych kłótni. No ale ja nie o tym, jak zwykle.

Po co mi szczelne jelito?

Czy mówią ci coś: alergie pokarmowe, problemy trawienne, śmierdzące bąki (no jakże inaczej to nazwać, jeśli nie dosadnie), ból brzucha po różnych potrawach, trądzik, AZS, łuszczyca, katar sienny, problemy z pamięcią, trudności z zasypianiem, chroniczne zmęczenie, ogólne rozstrojenie, niechęć do działania (często na wyrost nazywana depresją), częste łapanie infekcji (czyli odporność, której w zasadzie nie ma albo jest tylko wspierana codzienną dawką rutinacei), problemy ze stawami, Hashimoto, ADHD?

Na pewno mówią. Oczywiście, na wszystko można wziąć tabletkę, sprej i zastrzyki, ale póki nie wyeliminuje się przyczyny dolegliwości, napędzamy tylko biznes farmaceutyczny kosztem własnego zdrowia.

Zdrowe jelito ma trzy zadania, które spełnia: chroni przed toksyną, wchłania dobre substancje do organizmu, działa na rzecz naszej odporności.

Funkcja ochronna – zdrowe jelito nieobciążone toksynami udaremnia powstawanie kamieni kałowych. Na ten okropnie ważny i okropnie obrzydliwy temat poczytacie tu. Warto się przemóc, bo problem jest na prawdę powszechny i nie dotyczy tego słynnego „małego odsetka społeczności”, a raczej 90% ludzi nie przejmujących się zbytnio tym, co jedzą.

Wchłanianie – ze zdrowego jelita do krwi przedostają się tylko rozłożone na czynniki pierwsze zdrowe składniki pokarmowe, a zatrzymywane są toksyny i patogeny. Selekcja jak na bramce w dyskotece.

Budowanie odporności – zasiedlone zdrową bakterią zdrowe jelita mają w sobie wystarczający poziom kwasu, aby zabić zarazki odpowiedzialne za choroby.

Mówiąc krótko – zdrowy organizm, który dobrze odżywiamy i dajemy mu odpowiednie paliwo, nie choruje, bo sam w sobie jest rutinoscorbinem, witaminą C i  innymi aptecznymi specjałami.

Skąd mam wiedzieć, że moje jelito nie jest szczelne?

Oczywiście występowanie wszystkich lub wybranych objawów z mojej listy skutków posiadania dziur w jelicie nie jest jakimś wielkim dowodem na nieszczelność. Proponuję zatem prosty test:

Wypij sok z buraka.

Najlepiej od razu cały litr (przy okazji burak jest b. zdrowy i cię odżywi, i zniszczy anemię jeśli ją masz).

Co to da? Ano, jeśli masz szczelne jelita, po godzince pójdziesz siusiu i będzie ono żółte. Jeśli masz dziury, będzie czerwone. Jak ta magia działa? O tym już poczytajcie sobie tutaj bo nie jest to wiedza niezbędna a jedynie dla dociekliwych.

O tym, jak my uszczelniamy jelita jeszcze napiszę.

Ciao, Sery Szwajcarskie!

Tyłek pawiana i co z nim zrobić

sposób na odparzenie pieluszkowe

sposób na odparzenie pieluszkowe

Każdy rodziciel uważa, że go to nie spotka. Że ma perfekcyjne sposoby na pielęgnację. Albo nie myśli wcale, bo po co. Przecież odparzenia mają dzieci, o które się nie dba i trzyma w brudzie, prawda?

Lisek dostała pierwszy tyłek pawiana pięć dni po narodzinach. Wyglądało to mniej więcej tak:

sposób na odparzenie pieluszkowe
źródło zdjęcia: wideworldseeker.wordpress.com

 

i najpierw nie budziło wielkiego strachu, bo „wystarczy posypać mąką ziemniaczaną i przejdzie”. Po paru dniach od narodzin przeszliśmy z pamperów na wielorazówki (o samych wielorazówkach jeszcze będzie, o chlorze, ropie i polipropylenie w pamperach, dadach i innych pisałam tutaj) ale odparzenie miało się coraz lepiej. Skóra zrobiła się tak delikatna, że zaczęła pękać i nasze dziecko dostało OTWARTYCH RAN na tyłku. No i zaczęłam wątpić we własne kompetencje rodzicielskie… Mądrość pokoleń mówi, że to na pewno od ostrego jedzenia, truskawek i fasolki (o tym, że dieta matki karmiącej istnieje pisałam tutaj), bo jak wszem i wobec wiadomo, dziecko po drobnopestkowych owocach ma żrące kupy.

Czemu o tym piszę? Bo w ferworze tych wszystkich ran i czerwonych śladów, które ukazują się oczom po każdej zmianie pieluchy, człowiek często idzie do apteki, prosi pierwsze lepsze byle działające na odparzenie. I smaruje i pudruje, i przemywa. I dziwi się, że się nie goi. I dziwi się, że dziecko nie może spać, drze się jak opętane i dostaje gorączki.

Ponieważ ja już to piekiełko mam za sobą, chcę się z wami podzielić moimi naturalnymi metodami na tyłek pawiana, cobyście go mogli oglądać tylko, gdy macie ochotę, a więc najlepiej w ZOO lub w internecie, a już najmilej to na safari w Afryce.

Gdy pojawią się odparzenia:

1. Obczaj, z czym masz do czynienia

Na blogu Pupus (producent pieluch wielorazowych) jest bardzo mądrze stworzona tabelka z rodzajami odparzeń pieluszkowych. Oczywiście nie należy jej traktować jak wyroczni, bo nią nie jest. Warto jednak poznać smoka, zanim się go wykończy.

2. Obczaj, czy winna nie jest pampersownia i pielęgnacja

Nie wszystko co ma taki i sraki atest do spraw dzieci nadaje się do kontaktu z dziećmi (rakotwórcze kosmetyki, pieluchy bielone chlorem, maści na pupę które mają szkodliwe substancje). Można leczyć objawy, ale najlepiej zacząć od ustalenia przyczyn. Mogą być niewinne (np niedokładne osuszanie pupy po umyciu) albo większe – używanie napakowanych chemią pieluch jednorazowych, perfumowanych chusteczek nawilżonych, smarowanie nie tym co trzeba wtedy, kiedy nie trzeba (czyli profilaktyczne smarowanie Tormentiolem po każdej kupie). Polecam kupić pieluchę dla dorosłych, posmarować sobie tyłek taką chemią, włożyć pieluchę i tak sobie 4h chodzić. Fajny, pożyteczny eksperyment z cyklu „empatia dla opornych”.

To jak pielęgnować?

Najprościej – tyłek pod kran i umyć. Można użyć dobrego mydła z ładnym, prostym, naturalnym składem (o tym jeszcze napiszę). Po umyciu – odkazić naparem z szałwii, który działa przeciwzapalnie. Jeśli odparzenie już jest to broń Boże nie trzeć – lekko dotykać np. wacikiem. Potem osuszyć. Profilaktycznie smarować można np. olejem kokosowym, który, co ważne zwłaszcza dla użytkowników pieluch wielorazowych, rozpuszcza się w wodzie więc nie zatłuszcza. Przy odparzeniu istniejącym można na suchą pupę podsypać mąką ziemniaczaną, ale znów – po każdej zmianie pieluchy dokładnie ją zmyć, bo w kontakcie z moczem robi się jeszcze większy syf.

Pieluchy to mój temat-konik, więc najchętniej doradziłabym zmianę pieluch na wielorazowe, ale jeśli z jakichś powodów jeszcze nie chcesz tego robić, poszukaj pamperów najmniej szkodliwych dla twego dziecka (będzie to tzw. mniejsze zło). Podobno Biedronka i Rossmann mają całkiem znośne.

3. Potraktuj dobrze odparzone miejsce

Rany wojenne

Jeśli są ranki, nie ma co paprać kremami i maściami. Na otwarte rany najlepszy jest proszek Dermatol, tzw. żółty proszek lub proszek Hasco. Max 2 zł w aptece za saszetkę. Po każdym umyciu pupy nałóż delikatnie proszek na rankę. Co daje Dermatol? To lek na wrzody, sączące rany, stany zapalne. Do stosowania miejscowego. Wygoi ranki i dziecko nam się uspokoi.

Zostały blizny i ból

Jak już wygoimy ranki, oceniamy stan odparzenia. Jak jest rozległe i nadal boli to moim zdaniem bez odrobiny leku się nie obędzie. Ja polecam Bepanthen (tu znajdziecie jego analizę chemiczną), który koi zbolały tyłeczek.

Wchodzimy w naturę

Jeśli już się zmniejsza nasz tyłek pawiana na rzecz gładkiej pupci niemowlęcia, ale odparzenie nadal jest spore i nadal boli, polecam kilka niezastąpionych gadżetów i sposobów:

  • Magabi wkładki lniano-jedwabne łagodzące odparzenia – jestem w trakcie ich testowania ale już widzę że efekty są świetne, zaognienie pupy znika, drobne ranki też. Przy pieluchowaniu noworodka goiły odparzenie po długiej jeździe autem w foteliku (bez klimy, duchota, wyobraźcie sobie to!) i uratowały nasz urlop. Teraz gdy Lisek ślini się jak buldog francuski i gryzie meble (czyt. idą zęby), wkładki łagodzą odparzenia po kupach zębowych, zwanych też radioaktywnymi. Zakładam je na noc bo wtedy mają szansę najdłużej działać na pupę dziecka.

wkładka liniano-wełniana magabi

  • Wełna lecznicza, tzw. „Zdrowa wełna” to produkt, do którego długo nie dałam się przekonać. A szkoda, uniknęlibyśmy wielu łez. W dozowaniu przypomina watę, pachnie piękną i czystą owcą, ma dużą zawartość lanoliny. Odrywamy kawałek, wsadzamy między poślady 😀 i już kojące futerko działa dobrze na pupkę. Uwaga! Jeśli ktoś ma Goldena, jak my, łatwo się pomylić z wszędobylskimi kłakami, a nie jestem pewna, czy sierść psa ma takie same właściwości.

 

wełna lecznicza

  • Linomag zielony. Jak dacie za niego 4zł w aptece to już przepłaciliście. Taniutka, malutka maść z lanoliną i siemieniem lnianym. 100% natury. Trochę zatłuszcza i zalepia, radzę stosować z umiarem.
  • Napar z szałwii. Jak Lisek była mała bałam się ją myć pod kranem. Miałam przy przewijaku kubeł zaparzonej szałwii i świeże waciki do przemywania. Szałwia działa ściągająco i przeciwzapalnie.
  • Gacie wełniane (pisałam o nich tu). Nawet jeśli używasz jednorazówek, miej w szufladzie gatki wełniane i dziesięć pieluch tetrowych. Przy odparzeniu, przy upałach, przy długiej jeździe autem bez klimy (nigdy więcej!) będą ukojeniem dla pośladów twojego małego Stworka.
  • Wietrzenie. Podłóż pod pupę dziecku ręcznik i niech sobie leży z gołą pupą, byle ciepło i nie w przeciągu. Jak już umie łazić, niech łazi! Czymże jest zasikany dywan wobec pięknej, nieodparzonej, królewskiej pupy?
  • Maści na oliwie z oliwek, np. robione na receptę od pediatry. Wystrzegaj się za to maści, które mają w składzie steryd. U nas było tylko gorzej.
  • Kąpiel w krochmalu – do wanienki z ciepłą wodą wsyp trzy łyżki. Krochmal wysusza i działa przeciwzapalnie, nadaje się też do łagodzenia wysypek i potówek.

Natomiast jeśli długo odparzenie wraca pielęgnacja jest OK, pieluchy też – sio do lekarza albo od razu na posiew moczu i kału w poszukiwaniu naszych przyjaciółek bakterii. Czasem dziecko może się nimi zarazić już na porodówce!

I jak, gotowi do walki z tyłkiem pawiana? Do kosza z Tormentiolem, Sudocremem i pampersami! Niech żyje natura!

#RESET ! – oczyszczenie organizmu

oczyszczenie-organizmu

oczyszczenie-organizmu

Niektórzy czekają na ten wpis jak na wiosnę. I w końcu jest. To wpis dla ludzi z oponką na brzuchu, z kapciem w buzi po porannej pobudce i dla tych co ich ciągle boli głowa, i dla tych, co mają nawroty łuszczycy, AZS, anginy, katary, kamień na zębach, infekcje intymne i miliard innych rzeczy. Mieć to wszystko to pikuś. Ale jest mnóstwo ludzi, w zasadzie większość społeczeństwa, które w dobie wszędobylskich aptek, antybiotyków i tabletek na wszystko przestała sobie zadawać pytanie – DLACZEGO?

Bo skoro mamy tabletkę, maść i spray do nosa, to leczymy objawy. Boli mnie głowa – biorę apap. Boli mnie noga – smaruję ketonalem. Śmierdzi mi z ust – płuczę tym płynem co ta babka z serialu i mam oddech miętowy jak koleś z reklamy winterfresh (mniejsza z tym że na pięć minut). Mam trądzik – taka cera, ewentualnie idę do dermatologa i smaruję maścią na receptę. Mam łuszczycę – to choroba genetyczna, nic się nie da zrobić, można tylko zaleczać objawy. Jestem wiecznie zmęczona i śpiąca, no ale ciężko pracuję, nie mam czasu na sen, a w ogóle to nie mogę w nocy zasnąć, więc biorę tabletki na sen.

Brzmi znajomo?

W ferworze tego wszystkiego zapomnieliśmy, że naturalnym stanem ludzkiego ciała i psychiki jest ZDROWIE. Owszem, choroby są i będą na świecie, ale pękające usta, wory pod oczami, bóle głowy, sezonowe grypy i anginy – to nie jest naturalny stan. To znak, że z twoim ciałem dzieje się coś niedobrego! Zaleczając objawy ignorujesz podstawową formę komunikacji z ciałem, które daje ci sygnały – halo, halo! NIE WYRABIAM TWOJEGO TRYBU ŻYCIA.

Wiele osób odkryło już tę zależność. Wiele jednak ciągle żyje w błogiej nieświadomości, dlatego nigdy za mało takich wpisów jak ten, nigdy za mało takich stron, nigdy za mało rozmów z ludźmi.

Póki nie uświadomisz sobie, że to nie leki mają wpływ na twoje zdrowie, nigdy nie będziesz czuć się dobrze.

Pomyśl sobie, co twoje ciało otrzymuje od ciebie w prezencie każdego dnia:

  • jedzenie
  • kosmetyki
  • chemię gospodarczą
  • powietrze, którym oddychasz
  • dobre i złe doświadczenia

Właśnie te czynniki są PALIWEM, które lejesz w organizm. Jeśli do silnika samochodowego wlejesz nieodpowiednie paliwo (np. olej słonecznikowy), auto ci długo nie pociągnie. Są tacy, co próbują jeździć na oleju słonecznikowym. Kawałek pojedzie, nasmrodzi jak skunks a na koniec padnie i trzeba holować na złom. Z ludzkim organizmem dzieje się podobnie.

Bo co w zasadzie się stanie, jeśli te czynniki nam się skiepszczą?

Jedząc przetworzone jedzenie, dajemy organizmowi prócz substancji odżywczych (w małej ilości) całą masę chemii i toksyn. Nie dość, że organizm nie jest dobrze odżywiony, bo skąd ma mieć substancje odżywcze jeśli codziennie jesz bułkę pszenną z keczupem i makaron z sosem z papierka, to jeszcze walisz w niego toksynami. A więc on mozolnie czyści się i czyści, bo to nie jest tak że organizm się oczyszczać nie umie (gdyby tak było, już byśmy pomarli wszyscy, wyobraźcie sobie co by było gdyby wątroba nie czyściła nas z alkoholu tylko byśmy tak w siebie lali, lali i lali….).

Kiedy toksyn jest za dużo, organizm sobie nie radzi z wydalaniem ich. No więc upycha – w skórze, w mniej potrzebnych narządach. Żeby nie zdechnąć. Żeby jakoś dalej ciągnąć ten wózek. Stąd biorą się rodzaje cery – sucha, tłusta, mieszana. Myślicie, że człowiek rodzi się z jakimś rodzajem cery? Przecież cera zależy od tego, co jesz i jak żyjesz! Nadmiar toksyn wylezie ci na czole w postaci pryszczy albo w postaci łuszczycy jeśli masz geny które ją warunkują. Łuszczyca to choroba CYWILIZACYJNA. To, że przenosi się z pokolenia na pokolenie, nie oznacza, że trzeba mieć łuskę na całym ciele bo odziedziczyło się ją po dziadku. Zdrowe ciało, nieobciążone toksynami, nie musi mieć tej łuski prawie wcale.

No więc jak już mamy te wykwity skórne, pryszcze, cerę tłustą, zaczynamy stosować kosmetyki. A tam – syf, malaria i więcej toksyn. No i błędne koło. Bo przecież jak to, garnier ma atesty i jest w drogerii, przecież nikt nie sprzedawałby syfu w drogerii. Sorry memory! Skoro można sprzedawać toksyczne pieluchy (zobacz mój wpis na ten temat), można też żel na trądzik.

No i do tego chemia gospodarcza. Okno myjemy środkiem do mycia okien, kabinę prysznicową mleczkiem cif, podłogę sidoluxem. No i potem się dziwimy – że dziecko ma krosty, że AZS, że coś bóle głowy się nasiliły (to pewnie ta jesień). Ale przecież nikt już nie myje samą wodą albo wodą z octem (o occie jeszcze będzie), to passe, niemodne i w ogóle fuj. Myć wodą.

A jak już wysprząta się ten dom, to się w nim przecież siedzi. Przed kompem. Oglądając serial. A przyrodę widzi się przez okno, bo jest sezon grypowy i nie wychodzimy z domu. A już zwłaszcza z katarem i kaszlem, bo nas przewieje.

I potem dziwota, że depresja. Złe stany emocjonalne. Nerwowość. Drażliwość.

 

 

#RESET!

Zostaw to co było wcześniej. Oddziel grubą kreską. Ja i Mąż od dziś żyjemy inaczej, przyłączysz się?

Oto nasze wyzwanie na najbliższy czas:

  1. Uszczelnić jelita (Zaraz napiszę po co)
  2. Oczyścić organizm z toksyn
  3. zrezygnować z mleka krowiego
  4. zrezygnować z przetworzonej sklepowej żywności
  5. zrezygnować z białego pieczywa i makaronów

Nasza lista naznaczona jest tym, że Mąż ma łuszczycę. Tak naprawdę możesz stworzyć własną, dobrą listę; możesz mieć na niej więcej lub mniej podpunktów. Ja jestem zwolennikiem małych kroków, bo uważam, że łatwiej jest się czegoś wyrzec mając zastępnik, a znalezienie go nierzadko wymaga czasu i wielu prób zanim znajdzie się idealne rozwiązanie. Najważniejsze jednak są dwa pierwsze podpunkty.

Uszczelnienie jelit

Jelita, które atakowane są kolejnymi syfiastymi rzeczami z diety i środowiska zaczynają szwankować. Pojawiają się w nich nadżerki, które uniemożliwiają rozprowadzenie dobrych substancji po organizmie. Krótko mówiąc – jak już zjesz coś dobrego to i tak jest marna szansa, że dostanie się to tam, gdzie powinno. Celem nadrzędnym jest zatem uszczelnienie jelit (więcej na ten temat tu), aby kolejne działania miały jakikolwiek sens.

Oczyszczenie organizmu z toksyn

Jak już mamy szczelne jelita, możemy zacząć oczyszczanie. Czemu nie wcześniej? Bo składniki oczyszczające zamiast trafić w nasze ciałko, uciekną nam hen i się nie przyswoją. No ale. My wybraliśmy kombo dwa w jednym, oczyszczanie miksturą Józefa Słoneckiego, przy okazji chcąc wyleczyć kandydozę (o tym jeszcze będzie). Skład naszej mikstury:

  • łyżka oleju lnianego nierafinowanego BIO
  • łyżka soku 100% z aloesu
  • łyżka wody
  • łyżka soku z cytryny

Tak przygotowaną miksturę pijemy codziennie rano, conajmniej 30 minut przed pierwszym posiłkiem. I teraz w dużym skrócie – co ona daje?

Olej zalepia nam nadżerki

Roztwór aloesu i cytryna rozbijają złogi toksyn i oczyszczają organizm.

To taka nasza podstawa, której się trzymamy. Oprócz tego pijemy napar z czystka (o tym też będzie).

Na pozostałe podpunkty naszej #RESET owej kuracji musicie cierpliwie poczekać. Będziemy na bieżąco informować o efektach! Stay tuned i – do roboty!

Szarlatańskie metody na ząbkowanie

bursztyny-na-zabkowanie

bursztyny-na-zabkowanie

Że maści, zele i gryzaki to ja rozumiem… Że noszenie w chuście. Że lulanie. Tulanie. Kulanie. Ale żeby dziecku kamienie dawać? Do gryzienia? Na ząbkowanie? Toż to szarlatan jakiś wymyślił, znachor jeden z drugim, co to ma niby dać, pfff.

Przyszła kryska, przyszedł ślinotok, przyszło ZĄBKOWANIE. Lisek nie chce spać, jeść, nic. Żele nie pomagają. Gryzaki też nie. Chusta parzy. Pierś parzy. Ogólnie jest źle, smutno i główka ciepła.

A mama mówiła: „zobaczysz, jak dziecko będzie ci płakać, to zrobisz wszystko, nawet najgłupszą rzecz, byle była szansa że przestanie”.

Zrobiłam bransoletkę z bursztynów co się ostały po mojej babci. Panie i panowie, JEST LEPIEJ.

I teraz pytanie – dlaczego?

#18monthsold #amberbaby

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ania Drygalska (@aniadrygalska)


Mały to szarlatanizm, bo nie o znachorstwo tu chodzi, gusła i czary a o kwas bursztynowy, który ma działanie przeciwzapalne i daje lepsze samopoczucie. Niby żadna filozofia, bo jest on w wielu warzywach i owocach. Ale w stanach zapalnych (bo przecież ząbkowanie to stan zapalny – ta gorączka, ból i osłabienie odporności!) codzienna dawka kwasu bursztynowego to za mało. Wtedy przychodzi na pomoc bursztyn – substancja organiczna, bo przecież nie kamień, o „magicznym” działaniu znanym od wieków. Na burszynie robi się nalewki, wszywa w poduszki, nosi przy chorobach, ładuje w kosmetyki. Bursztyn w kontakcie z ciałem wydziela dobre substancje, które łagodzą złe stany.

Dla dzieciorów powstał cały biznes bursztynowy – można na necie kupić bransoletki i wisiorki dla malutkich dzieci z bursztynu; polerowane, ze specjalnymi zapięciami, żeby mały berbeć się nie dziabnął w oko albo w dziąsło (czym spotęgowałby ból ząbkowania zamiast zmniejszyć). Ja jednak nie kupiłam. Dlaczego? Najlepiej swoje właściwości oddaje bursztyn nieszlifowany i niepolerowany, a taki mam w domu. No to zrobiłam bransoletkę. A żeby dziecko mi się nią nie udusiło, zawinęłam wokół stópki i zabezpieczyłam ciepłą skarpetą. Zdjęcia nie mam, bo Lisek śpi. ŚPI. Bo jest lepiej. Bo ma bursztyn.

Posmaruj pupę dziecka chlorem. A potem Sudocremem.

co-zawiera-pielucha-jednorazowa

co-zawiera-pielucha-jednorazowa

Zacznijmy może z grubej rury, czyli w ulubiony dla mnie sposób. Za tym portalem oznajmiam, co zawiera pielucha jednorazowa:

Według badań Environment Agency w pieluszce jednorazowej znajdują się następujące substancje:

  • pulpa (fluff pulp) – 34,1%,
  • SAP – 32,4%,
  • PP – 16,6%,
  • LDPE – 6%,
  • kleje (na bazie polimerów) – 3,8%,
  • PET/poliester – 2,2%,
  • inne – 4,8%.

A teraz ręka do góry, kto umie odszyfrować te skróty? To za chwilę, a teraz urozmaićmy sobie oczekiwanie:

 

Zaczęłam szukać po internecie jak produkowane są pieluszki jednorazowe i jak sobie poczytałam to aż nie mogłam uwierzyć jakie to świństwo. Zawierają pełno chemicznych związków, substancji wiążących wodę i zabijających zapachy, lateks, no i chlor dzięki którym sa takie białesmutas.gif
Zastanawiam się czemu nikt o tym nie mówi na głos tyko nam się wciska że są takim cudownym rozwiązaniem dla naszych pociechsmutas.gif

 

Wracając do składu. Fluff pulp to pulpa celulozowa, efekt uboczny nieekologicznego przetwórstwa papierniczego. By wytworzyć papier z drewna, wytwarza się najpierw celulozę; mechanicznie lub chemicznie (ta druga metoda jest częstsza). Przy chemicznym wytwarzaniu zużywa się masę wody i masę energii, a przy okazji wytwarza zanieczyszczenie chemiczne i odpady: dwutlenek węgla, metan (odpowiedzialne za globalne ocieplenie), związki chloru, dwutlenek siarki (zakwaszenie jezior), substancje zanieczyszczające powietrze i wiele innego syfu. Jakby tego było mało, nasze fluff pulp wybielane jest chlorem gazowym, który pod wpływem wysokich temperatur bielenia zmienia się w dioksyny. Jak wykazują badania, substancje te można znaleźć  w ściekach z papierni,  w produktach papierowych (w tym produktach higieny osobistej, takich jak papier toaletowy i chusteczki no i nasze pampersy). Najbardziej niebezpiecznym związkiem z grupy dioksyn jest 2,3,7,8-TCDD. Jest on silnie toksyczny nawet w śladowych ilościach i może wywołać zmiany w systemie odpornościowym, uszkodzenia płodu, zaburzenia płodności, uszkodzenia narządów wewnętrznych i nowotwory.

No ale nie pogrążajmy się w smutku, mała przerwa dla odstresowania:

Ja też potwierdzam że to nie jest jeden przypadek na milion.
Moja córcia urodziła się zdrowa, duża i silna. Już w szpitalu dostała uczulenia na pieluchy firmy pampers. Przeszłyśmy na Huggies. 1 i 2 były spoko a od 3 znowu wróciło uczulenie.
Lekarz pediatra powiedział że to uczulenie na środki wybielające stosowane w pieluchach jednorazowych. Podobno są naładowane chlorem!!!

Czas na SAP – Superabsorbent Polymers, czyli superchłonne polimery. Tu macie próbkę ich zachowania pod wpływem wody. Polimer chłonny jest podstawą w jednorazowych pieluchach, podpaskach i innych produktach higienicznych, o których niektórzy wstydzą się mówić na głos 😉 Te same polimery znajdziemy w enigmatycznych gąbkach, które umieszcza się na tackach z mięsem marketowym (co by wchłonęła wodę z antybiotykiem; co ciekawe prawdopodobnie jest to działanie o wątpliwej dopuszczalności, ale o tym jeszcze pogadamy). Polimery tworzy się z udziałem ropy naftowej (tu macie opis zagrożeń środowiska płynących z ropy i jej pochodnych).

Nie ma jednak co ukrywać że w pampersach jest pełno związków chemicznych. Dzieki temu są takie białe i takie funkcjonalne. Nie ma znaczenia to czy wasze dziecko jest uczulone na pampersy czy nie. Ważne jest to że przez kilka lat całą ta chemię nosi przy pupie.

Przy pupie, czyli LDPE PP – obie substancje znam bardzo dobrze, bo pracowałam trochę z folią i przy folii; wiem co z czym i dlaczego. LDPE to polietylen o niskiej gęstości. PP to polipropylen. Obie substancje to po prostu różne rodzaje materiału, z którego wytwarza się folię. W teorii jest to folia bezpieczna, nadająca się do żywności i kontaktu „z człowiekiem”. W praktyce – nie chcielibyście zobaczyć ile syfu wytwarza się przy produkcji folii, gdzie ląduje odpad poprodukcyjny i ile to wszystko ma wspólnego z ochroną środowiska. Podpowiem wam – nic. Może ściemowaty nadruk o możliwości recyklingu.

Maz kupil PAmpers Premium Care 1 w Kauflandzie pare dni temu i od wczorajszej nocy zaczelam ich uzywac, mala nagle zaczela pieknie spac (pierwsz pobudka o 3 w nocy… normalnie budzi sie okolo 1-2) caly wczorajszy dzien byla mega spokojna – myslalam ze to zasluga herbatki z kopru i kminku ktore zaczelam pic (oby) ale… dzis w nocy zasnelam z mala na rekach i obudzilam sie po 2 godzinach z mega bolem glowy, smakiem „kwasu” nie wiem – takiego sztucznego czegos w ustach, taki drazniacy gardlo i nos i do teraz jest mi niedobrze… mala wymiotowala w nocy… (tylko raz wiec nie panikuje)

I czulam od poczatku ten smrod, ale myslalam ze to taki „zapach” tych pieluszek, a poniewaz mala byla tak spokojna to malo mialam ja na rekach to nie zwrocilam wiekszej uwagi na to do dzisiejszej nocy.
Smrodem przesiakly ubranka malej, ona sama – komode jak otwieram pomimo ze pieluszki wyciaglam to nadal czuc nimi. Temperatura jej cialka spowodowala, ze pieluchy „capily” masakrycznie.

Nawet boje sie myslec jak czula sie malutka, skoro ja az tak zareagowalam… I czy ta sennosc wlasnie nie byla spowodowana tym smrodem i czy jakos nie oddzialalo to na nia sama…

PET – to samo, z czego powstają butelki plastikowe. O ich podejrzanym wpływie na ludzkie zdrowie poczytacie np. tu. Ja zaczynam mieć powoli dosyć tej chemii…

Witam serdecznie jestem szczęśliwym tatom małej Martynki 3tyg w dniu wczorajszym również poczuliśmy z żoną okropny smród jaki wydobywał się z pampersa córci był po prostu nie do zniesienia drapał w gardło i oczy.Zdziwiłem i zacząłem zastanawiać od czego przecież córcia jest zdrowa i nic jej nie dolega przeprowadziłem mały eksperyment polałem pampersa ciepłą wodą o temperaturze mniej więcej siuśków zamknąłem na około 2min i ku mojemu zdumieniu smród był prawie taki sam, może mniej ostry bo należało by tutaj jeszcze dodać potliwość dziecka.Wniosek jest jeden pampersy są wadliwe wręcz niebezpieczne dla zdrowia. Po zmianie pieluchy na inną dziecko przestało się kręcić i denerwować bardzo proszę pisać o podobnych przypadkach trzeba coś z tym zrobić pozdrawiam

 

 

Na koniec powiem wam o wielkiej ściemie – produkty dla dzieci uznajemy za bezpieczne, niealergizujące; hahah, kto ma dzieci ten wie, jak to jest. Patrząc na jednorazówki, mało która mama przyzna, że kupiła pampersy do wyprawki noworodkowej i okazały się dobre do końca pieluchowania dziecka. A to Dady, a to Huggies, a to cośtam… Ale czemu, przecież to wszystko dla dziecka?! Czemu po jednych pieluchach dziecko dostaje tyłka pawiana, a po innych nie?

Nie dość, że pieluchy jednorazowe mają w sobie pewne ilości metali ciężkich, to są bielone chlorem (o tym wyżej, przy pulpie celulozowej), przegrzewają małym chłopcom jajka co prowadzi do ciężkich powikłań lub późniejszej bezpłodności, mają barwniki (ach, te urocze pastelowe małpki na każdej pieluszce!)

Wiecie, że producenci pieluch nie mają obowiązku podawania składu pieluchy na opakowaniu? Chętnie zasłaniają się tajemnicą handlową. W sumie – nie dziwię im się. Gdybyśmy z Mężem poczytali taki składzik przy kompletowaniu wyprawki dla Liska, w życiu bym nie wrzuciła do koszyka pampersów. Uniknęlibyśmy uczulenia pieluszkowego, odparzeń, próbowania mnóstwa maści i zasypek…  A nosiła je tylko pięć dni!

O ilości zużywanych na świecie pieluch jednorazowych i ich szkodliwości dla środowiska, a także o dobrych i tanich alternatywach jeszcze będzie.

Stay #eko! I zostaw coś od siebie na dole.