#RESET ! – oczyszczenie organizmu

oczyszczenie-organizmu

oczyszczenie-organizmu

Niektórzy czekają na ten wpis jak na wiosnę. I w końcu jest. To wpis dla ludzi z oponką na brzuchu, z kapciem w buzi po porannej pobudce i dla tych co ich ciągle boli głowa, i dla tych, co mają nawroty łuszczycy, AZS, anginy, katary, kamień na zębach, infekcje intymne i miliard innych rzeczy. Mieć to wszystko to pikuś. Ale jest mnóstwo ludzi, w zasadzie większość społeczeństwa, które w dobie wszędobylskich aptek, antybiotyków i tabletek na wszystko przestała sobie zadawać pytanie – DLACZEGO?

Bo skoro mamy tabletkę, maść i spray do nosa, to leczymy objawy. Boli mnie głowa – biorę apap. Boli mnie noga – smaruję ketonalem. Śmierdzi mi z ust – płuczę tym płynem co ta babka z serialu i mam oddech miętowy jak koleś z reklamy winterfresh (mniejsza z tym że na pięć minut). Mam trądzik – taka cera, ewentualnie idę do dermatologa i smaruję maścią na receptę. Mam łuszczycę – to choroba genetyczna, nic się nie da zrobić, można tylko zaleczać objawy. Jestem wiecznie zmęczona i śpiąca, no ale ciężko pracuję, nie mam czasu na sen, a w ogóle to nie mogę w nocy zasnąć, więc biorę tabletki na sen.

Brzmi znajomo?

W ferworze tego wszystkiego zapomnieliśmy, że naturalnym stanem ludzkiego ciała i psychiki jest ZDROWIE. Owszem, choroby są i będą na świecie, ale pękające usta, wory pod oczami, bóle głowy, sezonowe grypy i anginy – to nie jest naturalny stan. To znak, że z twoim ciałem dzieje się coś niedobrego! Zaleczając objawy ignorujesz podstawową formę komunikacji z ciałem, które daje ci sygnały – halo, halo! NIE WYRABIAM TWOJEGO TRYBU ŻYCIA.

Wiele osób odkryło już tę zależność. Wiele jednak ciągle żyje w błogiej nieświadomości, dlatego nigdy za mało takich wpisów jak ten, nigdy za mało takich stron, nigdy za mało rozmów z ludźmi.

Póki nie uświadomisz sobie, że to nie leki mają wpływ na twoje zdrowie, nigdy nie będziesz czuć się dobrze.

Pomyśl sobie, co twoje ciało otrzymuje od ciebie w prezencie każdego dnia:

  • jedzenie
  • kosmetyki
  • chemię gospodarczą
  • powietrze, którym oddychasz
  • dobre i złe doświadczenia

Właśnie te czynniki są PALIWEM, które lejesz w organizm. Jeśli do silnika samochodowego wlejesz nieodpowiednie paliwo (np. olej słonecznikowy), auto ci długo nie pociągnie. Są tacy, co próbują jeździć na oleju słonecznikowym. Kawałek pojedzie, nasmrodzi jak skunks a na koniec padnie i trzeba holować na złom. Z ludzkim organizmem dzieje się podobnie.

Bo co w zasadzie się stanie, jeśli te czynniki nam się skiepszczą?

Jedząc przetworzone jedzenie, dajemy organizmowi prócz substancji odżywczych (w małej ilości) całą masę chemii i toksyn. Nie dość, że organizm nie jest dobrze odżywiony, bo skąd ma mieć substancje odżywcze jeśli codziennie jesz bułkę pszenną z keczupem i makaron z sosem z papierka, to jeszcze walisz w niego toksynami. A więc on mozolnie czyści się i czyści, bo to nie jest tak że organizm się oczyszczać nie umie (gdyby tak było, już byśmy pomarli wszyscy, wyobraźcie sobie co by było gdyby wątroba nie czyściła nas z alkoholu tylko byśmy tak w siebie lali, lali i lali….).

Kiedy toksyn jest za dużo, organizm sobie nie radzi z wydalaniem ich. No więc upycha – w skórze, w mniej potrzebnych narządach. Żeby nie zdechnąć. Żeby jakoś dalej ciągnąć ten wózek. Stąd biorą się rodzaje cery – sucha, tłusta, mieszana. Myślicie, że człowiek rodzi się z jakimś rodzajem cery? Przecież cera zależy od tego, co jesz i jak żyjesz! Nadmiar toksyn wylezie ci na czole w postaci pryszczy albo w postaci łuszczycy jeśli masz geny które ją warunkują. Łuszczyca to choroba CYWILIZACYJNA. To, że przenosi się z pokolenia na pokolenie, nie oznacza, że trzeba mieć łuskę na całym ciele bo odziedziczyło się ją po dziadku. Zdrowe ciało, nieobciążone toksynami, nie musi mieć tej łuski prawie wcale.

No więc jak już mamy te wykwity skórne, pryszcze, cerę tłustą, zaczynamy stosować kosmetyki. A tam – syf, malaria i więcej toksyn. No i błędne koło. Bo przecież jak to, garnier ma atesty i jest w drogerii, przecież nikt nie sprzedawałby syfu w drogerii. Sorry memory! Skoro można sprzedawać toksyczne pieluchy (zobacz mój wpis na ten temat), można też żel na trądzik.

No i do tego chemia gospodarcza. Okno myjemy środkiem do mycia okien, kabinę prysznicową mleczkiem cif, podłogę sidoluxem. No i potem się dziwimy – że dziecko ma krosty, że AZS, że coś bóle głowy się nasiliły (to pewnie ta jesień). Ale przecież nikt już nie myje samą wodą albo wodą z octem (o occie jeszcze będzie), to passe, niemodne i w ogóle fuj. Myć wodą.

A jak już wysprząta się ten dom, to się w nim przecież siedzi. Przed kompem. Oglądając serial. A przyrodę widzi się przez okno, bo jest sezon grypowy i nie wychodzimy z domu. A już zwłaszcza z katarem i kaszlem, bo nas przewieje.

I potem dziwota, że depresja. Złe stany emocjonalne. Nerwowość. Drażliwość.

 

 

#RESET!

Zostaw to co było wcześniej. Oddziel grubą kreską. Ja i Mąż od dziś żyjemy inaczej, przyłączysz się?

Oto nasze wyzwanie na najbliższy czas:

  1. Uszczelnić jelita (Zaraz napiszę po co)
  2. Oczyścić organizm z toksyn
  3. zrezygnować z mleka krowiego
  4. zrezygnować z przetworzonej sklepowej żywności
  5. zrezygnować z białego pieczywa i makaronów

Nasza lista naznaczona jest tym, że Mąż ma łuszczycę. Tak naprawdę możesz stworzyć własną, dobrą listę; możesz mieć na niej więcej lub mniej podpunktów. Ja jestem zwolennikiem małych kroków, bo uważam, że łatwiej jest się czegoś wyrzec mając zastępnik, a znalezienie go nierzadko wymaga czasu i wielu prób zanim znajdzie się idealne rozwiązanie. Najważniejsze jednak są dwa pierwsze podpunkty.

Uszczelnienie jelit

Jelita, które atakowane są kolejnymi syfiastymi rzeczami z diety i środowiska zaczynają szwankować. Pojawiają się w nich nadżerki, które uniemożliwiają rozprowadzenie dobrych substancji po organizmie. Krótko mówiąc – jak już zjesz coś dobrego to i tak jest marna szansa, że dostanie się to tam, gdzie powinno. Celem nadrzędnym jest zatem uszczelnienie jelit (więcej na ten temat tu), aby kolejne działania miały jakikolwiek sens.

Oczyszczenie organizmu z toksyn

Jak już mamy szczelne jelita, możemy zacząć oczyszczanie. Czemu nie wcześniej? Bo składniki oczyszczające zamiast trafić w nasze ciałko, uciekną nam hen i się nie przyswoją. No ale. My wybraliśmy kombo dwa w jednym, oczyszczanie miksturą Józefa Słoneckiego, przy okazji chcąc wyleczyć kandydozę (o tym jeszcze będzie). Skład naszej mikstury:

  • łyżka oleju lnianego nierafinowanego BIO
  • łyżka soku 100% z aloesu
  • łyżka wody
  • łyżka soku z cytryny

Tak przygotowaną miksturę pijemy codziennie rano, conajmniej 30 minut przed pierwszym posiłkiem. I teraz w dużym skrócie – co ona daje?

Olej zalepia nam nadżerki

Roztwór aloesu i cytryna rozbijają złogi toksyn i oczyszczają organizm.

To taka nasza podstawa, której się trzymamy. Oprócz tego pijemy napar z czystka (o tym też będzie).

Na pozostałe podpunkty naszej #RESET owej kuracji musicie cierpliwie poczekać. Będziemy na bieżąco informować o efektach! Stay tuned i – do roboty!

Szarlatańskie metody na ząbkowanie

bursztyny-na-zabkowanie

bursztyny-na-zabkowanie

Że maści, zele i gryzaki to ja rozumiem… Że noszenie w chuście. Że lulanie. Tulanie. Kulanie. Ale żeby dziecku kamienie dawać? Do gryzienia? Na ząbkowanie? Toż to szarlatan jakiś wymyślił, znachor jeden z drugim, co to ma niby dać, pfff.

Przyszła kryska, przyszedł ślinotok, przyszło ZĄBKOWANIE. Lisek nie chce spać, jeść, nic. Żele nie pomagają. Gryzaki też nie. Chusta parzy. Pierś parzy. Ogólnie jest źle, smutno i główka ciepła.

A mama mówiła: „zobaczysz, jak dziecko będzie ci płakać, to zrobisz wszystko, nawet najgłupszą rzecz, byle była szansa że przestanie”.

Zrobiłam bransoletkę z bursztynów co się ostały po mojej babci. Panie i panowie, JEST LEPIEJ.

I teraz pytanie – dlaczego?

#18monthsold #amberbaby

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ania Drygalska (@aniadrygalska)


Mały to szarlatanizm, bo nie o znachorstwo tu chodzi, gusła i czary a o kwas bursztynowy, który ma działanie przeciwzapalne i daje lepsze samopoczucie. Niby żadna filozofia, bo jest on w wielu warzywach i owocach. Ale w stanach zapalnych (bo przecież ząbkowanie to stan zapalny – ta gorączka, ból i osłabienie odporności!) codzienna dawka kwasu bursztynowego to za mało. Wtedy przychodzi na pomoc bursztyn – substancja organiczna, bo przecież nie kamień, o „magicznym” działaniu znanym od wieków. Na burszynie robi się nalewki, wszywa w poduszki, nosi przy chorobach, ładuje w kosmetyki. Bursztyn w kontakcie z ciałem wydziela dobre substancje, które łagodzą złe stany.

Dla dzieciorów powstał cały biznes bursztynowy – można na necie kupić bransoletki i wisiorki dla malutkich dzieci z bursztynu; polerowane, ze specjalnymi zapięciami, żeby mały berbeć się nie dziabnął w oko albo w dziąsło (czym spotęgowałby ból ząbkowania zamiast zmniejszyć). Ja jednak nie kupiłam. Dlaczego? Najlepiej swoje właściwości oddaje bursztyn nieszlifowany i niepolerowany, a taki mam w domu. No to zrobiłam bransoletkę. A żeby dziecko mi się nią nie udusiło, zawinęłam wokół stópki i zabezpieczyłam ciepłą skarpetą. Zdjęcia nie mam, bo Lisek śpi. ŚPI. Bo jest lepiej. Bo ma bursztyn.

Dlaczego nie piorę dziecku gaci

niezwykłe właściwości wełny z merynosa

niezwykłe właściwości wełny z merynosa

Lisek doczekał się majtów ze swoją własną podobizną. „Fetysz!” „Fanaberie!” – wykrzykniecie. A już na pewno łyżka wam z ręki wypadła (i tak wiem że czytając jecie lody prosto z pudełka, sasasa), kiedy przeczytaliście, że nie piorę dziecku gaci. Bo nie piorę. No to jak, chodzi w brudnych?

Nie piorę przez pewnego opasłego brontozaura, którego podobiznę za serwisem Wikicommons pozwolę sobie wkleić poniżej:

niezwykłe właściwości wełny z merynosa

No dobra, wkręcam was. Brontozaur tak naprawdę wygląda(ł) tak,  a ten spaślak na zdjęciu to pomnik… merynosa (to cudo stoi w Goulburn, w Australii).  Jeśli tej owcy stawia się pomnik, to znaczy, że nie jest ona taka zwyczajna. I faktycznie, jest to pomnik wielkiej, grubej owcy, która jako jedyna na ziemi może powiedzieć z czystym sercem, że nie jest gruba tylko pogrubia ją ubranie.

O matko, teraz wszyscy myślicie że was wkręcam i że marnujecie czas. To może wrócę do tytułowych gaci.

Lisek niemalże od urodzenia sypia w gaciach z pewnego specyficznego materiału. Materiał ten chłodzi gdy jest ciepło, grzeje, gdy jest zimno, zabija bakterie, a co najważniejsze przy superwrażliwym tyłeczku niemowlaka – oddycha.

Kluczem do zrozumienia tego posta jest MERYNOS, proszę państwa. A ściślej mówiąc – wełna z merynosa.

A oto niezwykłe właściwości wełny z merynosa:

  • pochłania wilgoć ALE!
  • izoluje wilgoć
  • nie śmierdzi
  • nie drapie
  • rozgrzewa w zimnie
  • chłodzi w cieple
  • działa antybakteryjnie
  • jest wytrzymała i nie niszczy się za szybko
  • jest miła i piękna 🙂

Jak ta wiedza przyda nam się przy dziecku? Lisek od urodzenia praktycznie miała wrażliwy tyłeczek i mnóstwo okropnych odparzeń, niegojące się wręcz rany, nasilające się w nocy (jak wiadomo noworodek w dzień i w nocy sika i kupka tak samo, a wykończona matka czuwa nieco mniej tak samo). Do tego doszły pampy (o ilości chemii w pampersie przeczytasz w moim wpisie „Posmaruj dziecku pupę chlorem. A potem sudocremem”), bóle brzuszka no i był klops. Po pięciu dniach na pampach przeszliśmy na pieluchy wielorazowe (strzał w dziesiątkę, o nich jeszcze będzie), ale kwestia nocek pozostała problematyczna. Chciałam, aby Lisek miała wygodnie, aby nic ją w bebechy nie uciskało i aby mogła swoje „e-e” robić w spokoju i bez kolki.

Gacie z merynosa były wielkim odkryciem na miarę tego, że dziecko nie musi mieć smoczka (o tym też jeszcze będzie). Zamówiłam jedne, oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie złożyła precyzyjnego zamówienia u jednej szyjącej mamy na gacie z Borsukiem, nie, po co nam zwykłe gacie 🙂 Takie gatki wełniane mają dwie warstwy materiału. Pod gacie zwykła tetra, no i teraz co się dzieje jak jest benc w pieluszce: siku wsiąka w tetrę, pierwsza warstwa wełny lekko nasiąka ale nie do końca, druga warstwa wełny izoluje i zapobiega przeciekom. Brzuch ma luźno, matka śpi spokojnie, nocne bóle i odparzenia mijają. Dadaaa!

No dobra Matko Liska, ale czemu ty, do jasnej parasolki, owych gaci nie pierzesz? Hm… a próbowaliście kiedyś wyprać wełniane skarpety? Wełna się kurczy, niszczy, ale przede wszystkim – traci swoje właściwości! Zawdzięcza je bowiem lanolinie, która bytując sobie we włóknach zapewnia wszystkie te magiczne wełniane tricki nam i dzieciom. Nie ma lanoliny – nie ma magii! Proszę państwa, wełnę się WIETRZY. Wietrzy ze smrodów, ze złogów, z siuśków. Zapieram ją tylko jak czasem wyląduje na niej tzw. „dwójka” czyli nasze „e-e” (czemu takie ważne to „e-e” jeszcze napiszę), robię to w niskiej temperaturze wody z płynem do prania wełny zawierającym lanolinę. Jak gacie przestają trzymać (bo w końcu przychodzi taki moment), robimy im kurację lanolinową, czyli namaczamy w lanolinie aby magia wróciła. Viola!

Kochamy z Liskiem merino. Na ten moment mamy na stanie trzy pary gaci, dwie pary longów czyli gaci z długimi nogawkami (od zwykłych spodni różnią się warstwami wełny, te mają za zadanie trzymać sik na miejscu), spodnie, rajtuzki, czapkę, skarpety i kilka sztuk bodów. Szyje się nam też kominiara do chustonoszenia (o tym też, tak, będzie!). Naszą stertę wełnianą i moich ulubionych producentów a także informacje o tym, czym naturalnie wyleczyć odparzenia tyłeczka (po pampach lub ot, takie po prostu), napiszę.

🙂

Posmaruj pupę dziecka chlorem. A potem Sudocremem.

co-zawiera-pielucha-jednorazowa

co-zawiera-pielucha-jednorazowa

Zacznijmy może z grubej rury, czyli w ulubiony dla mnie sposób. Za tym portalem oznajmiam, co zawiera pielucha jednorazowa:

Według badań Environment Agency w pieluszce jednorazowej znajdują się następujące substancje:

  • pulpa (fluff pulp) – 34,1%,
  • SAP – 32,4%,
  • PP – 16,6%,
  • LDPE – 6%,
  • kleje (na bazie polimerów) – 3,8%,
  • PET/poliester – 2,2%,
  • inne – 4,8%.

A teraz ręka do góry, kto umie odszyfrować te skróty? To za chwilę, a teraz urozmaićmy sobie oczekiwanie:

 

Zaczęłam szukać po internecie jak produkowane są pieluszki jednorazowe i jak sobie poczytałam to aż nie mogłam uwierzyć jakie to świństwo. Zawierają pełno chemicznych związków, substancji wiążących wodę i zabijających zapachy, lateks, no i chlor dzięki którym sa takie białesmutas.gif
Zastanawiam się czemu nikt o tym nie mówi na głos tyko nam się wciska że są takim cudownym rozwiązaniem dla naszych pociechsmutas.gif

 

Wracając do składu. Fluff pulp to pulpa celulozowa, efekt uboczny nieekologicznego przetwórstwa papierniczego. By wytworzyć papier z drewna, wytwarza się najpierw celulozę; mechanicznie lub chemicznie (ta druga metoda jest częstsza). Przy chemicznym wytwarzaniu zużywa się masę wody i masę energii, a przy okazji wytwarza zanieczyszczenie chemiczne i odpady: dwutlenek węgla, metan (odpowiedzialne za globalne ocieplenie), związki chloru, dwutlenek siarki (zakwaszenie jezior), substancje zanieczyszczające powietrze i wiele innego syfu. Jakby tego było mało, nasze fluff pulp wybielane jest chlorem gazowym, który pod wpływem wysokich temperatur bielenia zmienia się w dioksyny. Jak wykazują badania, substancje te można znaleźć  w ściekach z papierni,  w produktach papierowych (w tym produktach higieny osobistej, takich jak papier toaletowy i chusteczki no i nasze pampersy). Najbardziej niebezpiecznym związkiem z grupy dioksyn jest 2,3,7,8-TCDD. Jest on silnie toksyczny nawet w śladowych ilościach i może wywołać zmiany w systemie odpornościowym, uszkodzenia płodu, zaburzenia płodności, uszkodzenia narządów wewnętrznych i nowotwory.

No ale nie pogrążajmy się w smutku, mała przerwa dla odstresowania:

Ja też potwierdzam że to nie jest jeden przypadek na milion.
Moja córcia urodziła się zdrowa, duża i silna. Już w szpitalu dostała uczulenia na pieluchy firmy pampers. Przeszłyśmy na Huggies. 1 i 2 były spoko a od 3 znowu wróciło uczulenie.
Lekarz pediatra powiedział że to uczulenie na środki wybielające stosowane w pieluchach jednorazowych. Podobno są naładowane chlorem!!!

Czas na SAP – Superabsorbent Polymers, czyli superchłonne polimery. Tu macie próbkę ich zachowania pod wpływem wody. Polimer chłonny jest podstawą w jednorazowych pieluchach, podpaskach i innych produktach higienicznych, o których niektórzy wstydzą się mówić na głos 😉 Te same polimery znajdziemy w enigmatycznych gąbkach, które umieszcza się na tackach z mięsem marketowym (co by wchłonęła wodę z antybiotykiem; co ciekawe prawdopodobnie jest to działanie o wątpliwej dopuszczalności, ale o tym jeszcze pogadamy). Polimery tworzy się z udziałem ropy naftowej (tu macie opis zagrożeń środowiska płynących z ropy i jej pochodnych).

Nie ma jednak co ukrywać że w pampersach jest pełno związków chemicznych. Dzieki temu są takie białe i takie funkcjonalne. Nie ma znaczenia to czy wasze dziecko jest uczulone na pampersy czy nie. Ważne jest to że przez kilka lat całą ta chemię nosi przy pupie.

Przy pupie, czyli LDPE PP – obie substancje znam bardzo dobrze, bo pracowałam trochę z folią i przy folii; wiem co z czym i dlaczego. LDPE to polietylen o niskiej gęstości. PP to polipropylen. Obie substancje to po prostu różne rodzaje materiału, z którego wytwarza się folię. W teorii jest to folia bezpieczna, nadająca się do żywności i kontaktu „z człowiekiem”. W praktyce – nie chcielibyście zobaczyć ile syfu wytwarza się przy produkcji folii, gdzie ląduje odpad poprodukcyjny i ile to wszystko ma wspólnego z ochroną środowiska. Podpowiem wam – nic. Może ściemowaty nadruk o możliwości recyklingu.

Maz kupil PAmpers Premium Care 1 w Kauflandzie pare dni temu i od wczorajszej nocy zaczelam ich uzywac, mala nagle zaczela pieknie spac (pierwsz pobudka o 3 w nocy… normalnie budzi sie okolo 1-2) caly wczorajszy dzien byla mega spokojna – myslalam ze to zasluga herbatki z kopru i kminku ktore zaczelam pic (oby) ale… dzis w nocy zasnelam z mala na rekach i obudzilam sie po 2 godzinach z mega bolem glowy, smakiem „kwasu” nie wiem – takiego sztucznego czegos w ustach, taki drazniacy gardlo i nos i do teraz jest mi niedobrze… mala wymiotowala w nocy… (tylko raz wiec nie panikuje)

I czulam od poczatku ten smrod, ale myslalam ze to taki „zapach” tych pieluszek, a poniewaz mala byla tak spokojna to malo mialam ja na rekach to nie zwrocilam wiekszej uwagi na to do dzisiejszej nocy.
Smrodem przesiakly ubranka malej, ona sama – komode jak otwieram pomimo ze pieluszki wyciaglam to nadal czuc nimi. Temperatura jej cialka spowodowala, ze pieluchy „capily” masakrycznie.

Nawet boje sie myslec jak czula sie malutka, skoro ja az tak zareagowalam… I czy ta sennosc wlasnie nie byla spowodowana tym smrodem i czy jakos nie oddzialalo to na nia sama…

PET – to samo, z czego powstają butelki plastikowe. O ich podejrzanym wpływie na ludzkie zdrowie poczytacie np. tu. Ja zaczynam mieć powoli dosyć tej chemii…

Witam serdecznie jestem szczęśliwym tatom małej Martynki 3tyg w dniu wczorajszym również poczuliśmy z żoną okropny smród jaki wydobywał się z pampersa córci był po prostu nie do zniesienia drapał w gardło i oczy.Zdziwiłem i zacząłem zastanawiać od czego przecież córcia jest zdrowa i nic jej nie dolega przeprowadziłem mały eksperyment polałem pampersa ciepłą wodą o temperaturze mniej więcej siuśków zamknąłem na około 2min i ku mojemu zdumieniu smród był prawie taki sam, może mniej ostry bo należało by tutaj jeszcze dodać potliwość dziecka.Wniosek jest jeden pampersy są wadliwe wręcz niebezpieczne dla zdrowia. Po zmianie pieluchy na inną dziecko przestało się kręcić i denerwować bardzo proszę pisać o podobnych przypadkach trzeba coś z tym zrobić pozdrawiam

 

 

Na koniec powiem wam o wielkiej ściemie – produkty dla dzieci uznajemy za bezpieczne, niealergizujące; hahah, kto ma dzieci ten wie, jak to jest. Patrząc na jednorazówki, mało która mama przyzna, że kupiła pampersy do wyprawki noworodkowej i okazały się dobre do końca pieluchowania dziecka. A to Dady, a to Huggies, a to cośtam… Ale czemu, przecież to wszystko dla dziecka?! Czemu po jednych pieluchach dziecko dostaje tyłka pawiana, a po innych nie?

Nie dość, że pieluchy jednorazowe mają w sobie pewne ilości metali ciężkich, to są bielone chlorem (o tym wyżej, przy pulpie celulozowej), przegrzewają małym chłopcom jajka co prowadzi do ciężkich powikłań lub późniejszej bezpłodności, mają barwniki (ach, te urocze pastelowe małpki na każdej pieluszce!)

Wiecie, że producenci pieluch nie mają obowiązku podawania składu pieluchy na opakowaniu? Chętnie zasłaniają się tajemnicą handlową. W sumie – nie dziwię im się. Gdybyśmy z Mężem poczytali taki składzik przy kompletowaniu wyprawki dla Liska, w życiu bym nie wrzuciła do koszyka pampersów. Uniknęlibyśmy uczulenia pieluszkowego, odparzeń, próbowania mnóstwa maści i zasypek…  A nosiła je tylko pięć dni!

O ilości zużywanych na świecie pieluch jednorazowych i ich szkodliwości dla środowiska, a także o dobrych i tanich alternatywach jeszcze będzie.

Stay #eko! I zostaw coś od siebie na dole.

Dziękuję ale nie sprzątam – problem psich kup

problem_psich_kup

problem_psich_kup

Był taki czas, że nasz pies robił kupy większe niż jego głowa; głowę ma dużą, bo to Golden Retriever. Był wtedy na karmach zbożowych, pierdział głośniej niż rura wydechowa malucha i śmierdział gorzej niż kibel na dworcu PKP. Małe szczenię, z którego wydostaje się taki Mordor – zgroza. Miałam wtedy jednak postanowienie – co by się nie działo, będę te jego wielkie plackokupy sprzątać. No i sprzątałam, jedną ręką zatykając nos, drugą ręką trzymając psa, trzecią ręką zgarniając kupę w torebkę trzymaną w czwartej ręce, a stopą zasłaniając się przed mówiącymi wszystko i nic spojrzeniami przechodniów.

Potem śmierdzącym kupskom i złemu stanowi sierści powiedzieliśmy dość – nasz pies zmienił dietę na psie paleo, czyli BARF. Sierść zabłysła, zęby zalśniły, bąki zniknęły, a do tego, co jest przedmiotem niniejszego postu, kupy, zgodnie z obietnicami kryjącymi się za psim paleo, stały się malutkie, zwarte i twarde jak kamyczki. I co najważniejsze – było ich mniej! A ja, zamiast z ochotą chwycić eko torebkę i zgarnąć owe kamyczki do kosza, przestałam sprzątać po Hermesie (tak, mój pies to posłaniec bogów z Olimpu na Ziemię, deal with it). Dlaczego?

  1. Raz zapomniałam torebki na spacer. Mój pies zrobił swoją kamyczkową kupę na środku pasu zieleni, gdzie nikt nie spaceruje, nikt nie biega, nikt nic nie robi. Pas sobie jest. Po czym poczułam pacnięcie w mój płaszcz. Ktoś z okna z dzikim wrzaskiem „sprzątaj po tym gó*norobie!”… rzucił we mnie jabłkiem.
  2. Zdarzało mi się puszczać psa bez smyczy po pasach zieleni między blokami na osiedlu, tam, gdzie są pustki, nie ma placów zabaw, mało kto chodzi, mało oblegana pora w ciągu dnia. Pies bawił się ze mną patykiem. Nagle starsza pani lunęła na nas z balkonu wiązanką przekleństw i słowami: „proszę zabrać stąd to zwierzę”. Na moje tłumaczenie, że przecież pies nic złego nie robi, usłyszałam: „pies zostawia zapach i inne psy potem tu przychodzą sikać”. Ręce mi opadły.
  3. Nie dalej jak w ubiegłym roku na naszym osiedlu obok istniejących już tabliczek „sprzątaj po swoim psie” pojawiły się nowe, tym razem z chwytliwym hasłem „dziękujemy, że sprzątasz po swoim psie”. Eleganckie, kolorowe, porządnie wykonane, stojące na każdym kroku. Nie chcę nawet kalkulować, ile pieniędzy na nie wydano.
  4. W tym samym czasie i tej samej, a nie równoległej rzeczywistości na moim osiedlu jest jeden (sic!) kosz na psie odchody. Aby do niego dojść potrzebujemy spaceru trwającego co najmniej 15 minut w jedną stronę.
  5. Podpatrzyłam – jeśli już ktoś na osiedlu sprząta psią kupę, robi to wkładając ją do zwykłej torby foliowej (typu tych wyłożonych w markecie przy warzywach) i wrzuca do kosza pod klatką, których mamy pod dostatkiem.

Fajnie fajnie, wypisałam sobie pięć podpunktów, ale co z tego wynika?

Po pierwsze i po drugie: problemem osiedli takich jak moje jest brak ludzkiej kultury i akceptacji dla posiadaczy zwierząt w ogóle, a nie sprzątanie kup. Istnieje za to akceptacja dla dewastowania klatek schodowych, palenia papierosów pod blokiem tuż obok przejeżdżających wózków z dziećmi, niewyrzucania śmieci, picia wina przy śmietniku, dokarmiania gołębi spleśniałymi resztkami pieczywa i mnóstwa innego syfu, którego mi się już nawet nie chce wymieniać.

Po trzecie i po czwarte: dlaczego, do jasnej parasolki, nie można sobie odpuścić tabliczek i kupić koszy na psie odchody? Zamykanych od góry jak Pan Bóg przykazał. Moje miasto kupiło już ze dwa lata temu odkurzacze do psich odchodów, które spółdzielnie mogą od miasta wypożyczać. Czemu za mój czynsz nie chodzi po osiedlu pracownik i tych kup nie odkurza? Skoro jest pracownik od koszy na śmieci, od zamiatania liści, skoro spółdzielnia ma pieniądze na wydrukowanie ankiet dla każdego mieszkańca z prośbą o opinię nt. jakości pracy pracowników gospodarczych, czemu nie wypożyczyć raz w tygodniu tego odkurzacza i kup nie… wciągnąć?

Po piąte: Nasze społeczeństwo jest nieekologiczne. Recykling według moich sąsiadów polega na tym, że wyjmą drożdżówkę z torebki foliowej a potem w tę samą foliówkę zawiną psią kupę i wrzucą do kosza pod blokiem.

Psie odchody w koszach na śmieci, nie sortowane osobno, stanowią zagrożenie epidemiologiczne. Można się od nich zarazić glistami, salmonellą i mnóstwem innego świństwa. Nigdy nie wiadomo, co siedziało w psie którego kupa leży w koszu pod blokiem. Do tego kosza wasze dziecko wrzuci śmietek, szturchając kosz rękawem kurtki. Leżąca na trawie psia kupa rozkłada się po trzech dniach. Śmietniki są opróżniane raz w tygodniu albo rzadziej.

A teraz, co byście nie wieszali na mnie psów i ich kup, powiem wam z czym absolutnie się zgadzam i co czynię:

  • Sprzątam kupy mojego psa gdy padają one w okolicy placów zabaw, boiska, na chodnik, blisko krawężnika czy studzienki kanalizacyjnej (raz z Mężem sprzątaliśmy pod ekskluzywnym hotelem w Sopocie, ot, tak się pieskowi zachciało)
  • Sprzątam kupy mojego psa gdy jesteśmy w okolicy tego jednego kosza na psie odchody na całe osiedle
  • Sprzątam kupy mojego psa po odrobaczeniu, gdy wiem, że mogą w niej być niefajne rzeczy, które mogą zarazić inne pieski.

 

Nie jestem przeciwniczką ładu i porządku. Miasto miastu nierówne, są okolice w których kosz na koszu, wiszą nawet torebki biodegradowalne pod tym koszem a ludzie i tak nie sprzątają. Tego nie rozumiem i nie ogarniam. Ogólnie jestem za sprzątaniem i za naturalnym rozkładem, nie za wdeptywaniem i sraniem na środku chodnika. No ale.

A co ty o tym myślisz?

 

A właśnie, że istnieje! – dieta matki karmiącej

dieta-matki-karmiącej

Mało kto czerpie wiedzę z portalu papilot.pl. Nie ma sensu, zwłaszcza jak jest się młodym rodzicem, bo wtedy dowiemy się np. że „przytulać, czy dać się wypłakać?” to dylemat większości rodziców. Tak przeczytałam pod jednym z ich fachowych artykułów. (W tym miejscu włącz swój detektor sarkazmu). Zmusił mnie jednak Papilot do refleksji swoim tytułem „Co jest w mleku matki? Skład GORSZY niż lista konserwantów na etykietce zupki chińskiej!” . Czytamy w nim o badaczach z Norwegii, którzy udowadniają, że mleko matki zawiera mnóstwo zanieczyszczeń, np. bromowane środki zmniejszające palność, polichlorowane bifenyle, składniki perfluorowane (cokolwiek to jest). Jak każda normalna matka zaniepokoiłam się tym, co ja temu mojemu dziecku wciskam do lisiego pyszczka i postanowiłam poszukać wiedzy na własną rękę. No bo jak to? Hafija trąbi na prawo i lewo, że dieta matki karmiącej to mit, Faceb
ook aż huczy jak tylko spytać „co trzeba jeść jeśli kp”, no bo przecież można wszystko i na pytanie „mamusie mam ochotę na colę, czy mogę jeśli kp” trzeba odpisać „mogę, mogę, na zdrowie”. Mogę czy nie mogę? I skąd te polichlorowane bifenyle w moich piersiach?

Papilot nie wyssał tych rewelacji z palca. Tu znajdziemy absolutnie naukowy artykulik (z przypisami i w ogóle) na temat tej okropnej substancji i jej obecności w mleku matki. Konkluzja jest taka, że nie jest to ilość zagrażająca. Ale pomyślcie – ile substancji, których nie życzylibyśmy sobie w naszym organizmie, nie dość że perfidnie nas truje od środka, to jeszcze dostaje się do ciałka naszych Lisków, Pszczółek i Księciuniów?

Ano właśnie. Zaczęłam drążyć, co w zasadzie przenika do mleka matki karmiącej. Chemik ze mnie żaden, ale filolog, więc wiedzą tajemną się to mi zdaje. Drążę temat i drążę. Wniosek jest oczywisty, choć nie dla wszystkich:

W diecie matki karmiącej nie ma miejsca na żywność przetworzoną.

Drogie obrończynie picia coli podczas karmienia piersią, poczytajcie sobie etykietkę i sprawdźcie, czym trujecie siebie i dzidzię. Oczywiście, aromaty, barwniki, konserwanty i polepszacze smaku są dopuszczone do stosowania w produkcji żywności, ale czy którakolwiek z was sprawdzała, jaka jest dopuszczalna ilość dziennego ich spożycia tak, aby nie zaszkodzić zdrowiu? Jadłaś dziś sklepowe słodycze albo mrożonkę? Super. A skąd wiesz, ile tej mrożonej pizzy można zjeść, aby nie przekroczyć dziennej dawki?

A no właśnie.

Nie wiem, czy cię przekonałam, ale mam dla ciebie kilka wskazówek, czym powinna się cechować dieta matki karmiącej:

  • myj owoce i warzywa przed zjedzeniem (możesz nawet sparzać)
  • nie jedz gotowego żarcia, chyba że gotowe oznacza zrobione ze świeżych produktów przez męża
  • czytaj etykiety i wybieraj produkty z najkrótszym, naturalnym składem
  • nie smaż na olejach rafinowanych

Te kilka zasad przyda ci się na całe życie.

Nie daj sobie wmówić, że masz się głodzić podczas karmienia piersią, ale nie daj też sobie wmówić, że możesz jeść wszystko. To tak dla zaznaczenia tematu, mądrzejsi ode mnie też już się wypowiadali w tej kwestii. Drąż i szukaj dalej.

 

Oho, zaczyna się

potatoes-french-mourning-funny-162971

A w zasadzie zaczęło we mnie, już jakiś czas temu. Chyba miałam już Męża ale nie miałam jeszcze dziecka ani psa. Może od tego filmiku, od tych zdjęć, może od informacji o topniejących lodowcach a może po prostu pracująca w markecie ciocia opowiedziała mi, co się robi z mięsem żeby było dłużej świeże.

Coś pękło, zgrzytnęło. Dotychczasowy mechanizm padł i przyszedł czas zmian.

Otworzyły mi się oczy na to, jak my wszyscy wokół żyjemy – szybko, chwilowo i nie patrząc ile szkody wywołujemy. Po moim domu fruwają torby foliowe brane garściami z rolki w sklepie, w zamrażalniku chłodzi nóżki kurczak nafaszerowany antybiotykami, który w życiu swoim nigdy nie widział trawy ani słońca. Ja i Mąż mamy swoje choroby cywilizacyjne, chociaż żadne z nas nie skończyło magicznej trzydziestki. Moment, w którym po nitce do kłębka zaczęłam iść wyboistą drogą, aby odkryć, że ta moja nitka poplątała się z kolejną i kolejną, i kolejną… Był jakby mnie walnęli patelnią w łeb.

W pierwszym odruchu miałam ochotę wywalić z domu całą chemię, pozbyć się płynów, szamponów, detergentów, folii, przetworzonego żarcia od którego moja lodówka i żołądek aż pękają. Pozbyć się wszystkiego i zacząć „zdrowe, normalne życie”.

No ale halo. Jakoś żyć trzeba a „w ogóle to nie da się bez tego wszystkiego”.

Znacie to. „Nie da się” to wróg wszystkich zmian, który zrzuca nas z najwyższego drzewa na które mozolnie się wspinaliśmy. Niczym Frodo w Mrocznej Puszczy – już wlazłam ponad korony tych ponurych drzew, ujrzałam horyzont, już wiem, gdzie mam iść, a tu nagle wielka Szeloba mnie spycha. Rach, ciach, postanowienia swoje, życie swoje.

 

Ale dosyć z tym.

Mam teraz dziecko i nie po to je nosiłam w brzuchu większym niż ja cała żeby je teraz truć i żeby zmarło w kwiecie wieku na miażdżycę rozkładając się za życia. Nie po to zmieniam jej pieluchy, śpiewam kołysanki, noszę całe dnie i zabawiam, żeby dostało niedrożności jelit od chemii którą będę w nią codzień ładować z uśmiechem i słowami „łyżeczka za mamusię, za tatusia, za babunię i dziadka”.

PRZYSZEDŁ CZAS ZMIAN.

Ten blog to wyzwanie. Krok po kroku, po maleńku, będę zmieniać nasze życie. Mam dla kogo, bo jest nas aż czworo:

Ja i Mąż

Lisek, zwany też Sarą (miesięcy niecałe pięć)

Hermes, zwany też Golden Retriverem

Ja i Mąż na zmiany najbardziej oporni, przyzwyczajenie i miłość do tostów w końcu robi swoje. Lisek na zmiany podatny bo wszystko jest wspaniałe i to od nas zależy czy wsadzi do buzi pora czy folię bąbelkową aby się pobawić. Pies jest z naszej czwórki najmocniej bio i organic bo dietę zmienił po pół roku sadzenia śmierdzących bąków i kup, które nie mieściły się do żadnej torebki na psie odchody.

Jak żyjemy teraz, co będziemy zmieniać i jak?

O tym w kolejnych wpisach. Jeśli nie możesz się już doczekać, poszukałam za ciebie naszego Fanpejdża na Facebooku ===> klik! Najlepiej ustaw sobie nasze wpisy jako wyróżnione. Nic cię nie ominie. A będzie ostro – pot, krew i łzy przy pożegnaniu z Mr Muscle do kuchni i pizzą z mrożonki gwarantowane.

Popcorn w dłoń i obserwuj!