Mama-artystka i pieluchy [gość]

To najpierw parę słów od Mamy Liska… Monika Lis, którą dziś goszczę na blogu, była uczestniczką mojej pierwszej grupy Kursu Online Naturalnego Pieluchowania Noworodka 🙂

Polubiłyśmy się, bo mamy wiele wspólnych tematów. Udało mi się namówić ją na wpis gościnny o jej przygotowaniu do bycia mamą i o tym, jakie miejsce zajmują w tym przygotowaniu pieluszki wielorazowe.

Poczytajcie same:

 

 

Jak zachowuje się artystka w ciąży?

a) popada w euforię,

b) popada w depresję,

c) zapisuje się na setki warsztatów i obkłada książkami,

d) stwierdza, że i tak się nie przygotuje do macierzyństwa,

e) szyje pieluchy.

 

Przerobiłam do tej pory wszystkie możliwe odpowiedzi na to pytanie ;). Najpierw na wieść o ciąży – drugiej, bo pierwszą niestety straciłam – była wielka radość. Później, kiedy przekroczyłam granicę pierwszego trymestru, musiałam zmierzyć się ze zmianami zachodzącymi w moim ciele. Myślałam, że łatwiej przyjdzie mi pogodzić się z tym, że przybieram na wadze, a tu jednak rzeczywistość okazała się być inna – swoje musiałam przecierpieć. A gdzieś tak w połowie ciąży zaliczyłam wielki spadek nastroju. Źle sypiałam, byłam bardzo marudna, nic mnie nie cieszyło (a mówią, że drugi trymestr to takie miesiące miodowe ciąży!). Na szczęście wraz z trzecim trymestrem humor i chęć do działania wróciły do normy. Więc mogę na spokojnie kompletować swoją macierzyńsko-połogowo-noworodkową wyprawkę. Kompletować, czyli zdobywać wiedzę i… szyć! I słuchać mądrych mam, które dzielą się swoimi doświadczeniami, co im się przydało przy noworodku, a co było tylko nic niewnoszącym gadżetem.

 

Na co komu dziś… tetra?

Siedzę właśnie przy dużym stole obłożona tetrą bawełnianą i bawełniano-bambusową. I rozkminiam, czy zeszyć całą w samoloty, czy może uszyć z niej prefoldy (z wkładem z dzianiny bawełnianej), a w ogóle to w jakim to wszystko rozmiarze? A może w ogóle postawić na formowanki? Zwariować można z tymi pieluchami! To po co pchać się w wielorazówki, skoro wszędzie dostępne są od ręki pampersy?

 

Nie, pytań „po co” już sama sobie nie zadaję, ale otoczenie na wieść o moich planach pieluchowania wielorazowego – owszem. Na szczęście mam wokół koleżanki, które w taki sposób pieluchowały swoje dzieci, nie mówiąc już o moich rodzicach, bo przecież w tamtych czasach była tylko tetra. Tata wspominał, jak to stał nad parującym garem z pieluchami, potem je rozwieszał, a jego mama jeszcze go goniła, żeby to wszystko porządnie uprasował 😉 Jak to dobrze, że teraz czasy się zmieniły i żadna z nas nie musi stać nad garem z brudnymi pieluchami, a żelazko się nie przydaje! Może za to zanurzyć się w przyjemnych kolorach i fakturach, obkupić się w potrzebne materiały i z radością wziąć się za szycie pieluch.

 

Cóż, nie przypuszczałam, że wpadnę na całego w pieluchy. Że myśl o szyciu mięciutkich formowanek i wełnianych gatek będzie mnie w stanie wypchnąć z rana z łóżka, a nie – jak do tej pory – na przykład praca nad zajęciami pisarskimi czy lekcje śpiewu. Odkąd natrafiłam kiedyś w internecie na informacje o wielorazowym pieluchowaniu, musiałam zagłębić się w temat. Faktycznie głowa mi od tego pękała, bo wszystko było dla mnie nowe, a przewijające się wszędzie specjalistyczne słownictwo to już prawdziwy koszmar! Ale mam to szczęście, że jak czegoś potrzebuję, to świat mi podsyła rozwiązania. Tym razem był to kurs Moniki. Zapisałam się, z zapałem odrabiałam zadania domowe, zaczęłam ogarniać temat dzięki materiałom kursowym, zamówiłam – po konsultacji u Moniki – zestaw pieluchowy dla noworodka i… czuję radość, że nasza Marysia będzie miała takie miłe, naturalne rzeczy na pupie!

Po co się tak męczyć?

Mnie w sumie to nieużywania pampersów nie trzeba było wiele przekonywać. Sama mam tak, że jak używam podpasek – zwłaszcza latem, i zwłaszcza podczas jakiejś aktywności fizycznej – że moja pupa mi się odparza. I jak pomyślałam o pupie naszej Marysi i jej skórze, która dopiero co trafi z mojego brzucha na ten świat i ma zostać zapakowana w coś, co nie oddycha i zrobione jest ze sztucznych materiałów, to zrobiło mi się smutno i pojawił się bunt: o nie, tak nie będzie!

Potem się okazało, że takie rozwiązanie ma wiele zalet: jest tańsze, bardziej eko, pupa dziecka się nie odparza, więc nie trzeba kupować na to specyfików wszelkiej maści. Myślę, że też zwiększa świadomość rodzica na temat fizjologii dziecka. Bo pieluchy dopasowuje się względem wieku dziecka i jego indywidualnych potrzeb – tego też nauczyłam się dzięki Monice. I tak oto dołączyłam do osób zakręconych na punkcie wielorazówek. Tadam! I szerzę o nich informacje, gdzie mogę. A koleżanki dziwią się „ojej, to pieluchy mogą być takie ładne?”.

 

Pieluchy a przygotowanie do macierzyństwa

Tak, mam poczucie, że do macierzyństwa przygotować się nie da. Że dziecko zmieni moje postrzegane świata i siebie, ale dopóki się nie pojawi, nie jestem w stanie stwierdzić, jak to będzie. Ale mogę się wiele nauczyć o tym, jak wygląda poród, pielęgnacja noworodka, połóg, jakie są sposoby na budowanie rodzicielstwa bliskości. Stąd te wspomniane książki i warsztaty na początku postu. Chodzę, czytam, interesuję się i mam dzięki temu coraz większą świadomość, co nas czeka, ale też co nam pasuje, a co jest sprzeczne z naszym podejściem, gdzie szukać pomocy, kogo słuchać, czyimi opiniami się przejmować, a czyje historie puszczać mimo uszu. I już nie jestem przerażona, że nic nie wiem i olaboga, jak to będzie z noworodkiem na pokładzie 😉 No dobra, panika mnie ogarnia tylko co jakiś czas 😀

 

Wielopieluchowanie to też jest dla mnie impuls do zgłębiania wszelkich naturalnych sposobów pielęgnacji dziecka, ale też szukania różnych eko rozwiązań do domu. Sama zaczęłam na przykład używać wielorazowych wkładek higienicznych. Przestałam używać balsamu do ciała, olej migdałowy mi w zupełności wystarcza. A to dopiero początek!

 

Mama-artystka

Mój mąż się śmieje „i na co ci były te studia, żeby teraz szyć pieluchy!”, a ja myślę sobie, że wszystkie moje dotychczasowe zajęcia i aktywności przygotowywały mnie do tego, co ma nadejść. Studia filozoficzne uczyły pokory i świadomości, że nie da się wszystkiego zrozumieć i wytłumaczyć. Dzięki lekcjom śpiewu i nagrywaniu płyt mam swobodę w wymyślaniu piosenek (czyżby nadchodził powoli czas na kołyskanki?). Kilka lat zajmowania się szyciem, i już swobodnie mogę kompletować wyprawkę taką, jaką chcę, a niekoniecznie taką, jak chcą mi wmówić spece od marketingu. Myślę też, że dzięki temu będę mogła Marysi pokazywać świat od wielu różnych stron. A jak do tego włączy się mój mąż inżynier naukowiec, to już w ogóle będzie szał!

 

Monika Małgorzata Lis – z wykształcenia filozof, z serca artystka. Autorka powieści „Koniec świata”, której akcja rozgrywa się na bieszczadzkich szlakach oraz tomiku wierszy „Tańce duszy”. Śpiewa, ma na koncie 2 płyty, w tym 1 z własnymi piosenkami. Szyje, pisze i uczy pisania, uwielbia wędrówki po górach i świeżo paloną kawę. Przygotowuje się na przyjście na świat córeczki Marysi. monikamalgorzatalis.pl