Organiczne sraty pierdaty

bawełna organiczna dziecko

bawełna organiczna dziecko

Spodziewasz się dziecka. Wielki brzuch, pełen wód płodowych, pełen dziecka i jego pępowiny, i jego łożyska co mu transportuje wszystko odżywcze, uniemożliwia ci już pracę, uciska na mózg, na hormony i na wszystko. Może masz już hemoroidy, może nagle mleko leje ci się po bluzce. Miewasz poranne zgagi i nie bardzo sobie radzisz z podstawowymi czynnościami jak usiądnięcie na kibelku albo zawiązanie sznurówek.

Pamiętam. Byłam tam.

Ciężarna na mecie (jak to ładnie ją opisała Grzesiak) leży z brzuchem do góry (wypinając do sufitu dziecko, które wypina swoje pośladki, które boleśnie uciskają pępek od środka) i… stuka w telefon. Znajduje z tej okazji przeróżne must have macierzyństwa, np. noszenie w chuście, rozszerzanie diety, kołyska elektroniczna z pięcioma poziomami bujania, szumiś z funkcją wykrywania płaczu, naturalna higiena niemowląt (o której pisałam w artykule Sikaj razem z dzieckiem), pieluchy wielorazowe (o których pisałam w tekście Kupa na dzień matki)… A nade wszystko – ubranka, pieluszki, kocyki – z bawełny organicznej!

Organicznej, czyli jakiej? I czy to faktycznie takie niezbędne dla dziecka?

Przyznaję – przed ciążą uważałam, że absolutnie nie. Że te organiczne sraty pierdaty to dla wysublimowanych matek, które mają za dużo pieniędzy i nie wiedzą na co je wydać. Że dzieciaka ubrać można w cokolwiek, byle ładnie wyglądało. Oj, jakże się myliłam.

Zapewne, ze względu na mózg ciążowy, nie bardzo chce ci się przechodzić przez dłuugie wywody na temat zalet bawełny organicznej, dlatego wypunktuję ci najważniejsze powody, dla których chcesz kupić dziecku wyprawkę z organicznej bawełny i kilka innych powodów, dla których nie warto kupować ubranek z bawełny przemysłowej.

1. Cena

Nie, to nie żart. Macie prawo czuć się zdumieni, bo przecież panuje obiegowa opinia, że ubranka z bawełny organicznej są w kosmos drogie. Oczywiście, organic cotton + design + otoczenie produktu w piękną sesję zdjęciową i lans na Instagramie robią swoje, więc zawsze znajdzie się body organiczne dla noworodka za 253 złote 34 grosze. No ale proszę państwa! Podstawowa sprawa jest taka, że ubrania z bawełny nieekologicznej nie są warte swojej ceny. 

Aby sobie to uzmysłowić, trzeba sięgnąć po jedną z taktyk marketingu – sprzedaje się nie za pomocą produktu, ale otoczki. Jeśli dobrze coś otoczymy, sprzedamy to za duże pieniądze. Przyznaj się, ile razy coś kupiłaś bo dobrze wyglądało na zdjęciach w Internecie? Albo widziałaś to u jakiejś Instagramki w salonie? Coca-Cola smakuje nam najlepiej w Boże Narodzenie, bo taką ma świąteczną otoczkę.

Podobnie jest z ubraniami z bawełny konwencjonalnej – kupujemy, bo jest ładny wystrój sklepu, pięknie pachnie, ma nawet fajny krój. Kupujemy nierzadko tandetę ubraną w złote piórka. Chińszczyznę, wyprodukowaną tanią siłą roboczą (o czym pisałam w artykule Nie tylko my jesteśmy biedni), która rozpada się po jednym sezonie noszenia. Jeśli dodamy do tego szkodliwość bawełny zwykłej i proces jej produkcji, to łatwo dojść do wniosku, że zupełnie się to nie kalkuluje. Trzeba tylko myśleć.

Tymczasem ubranka z bawełny ekologicznej nie muszą być drogie! Przecież młode mamy są mistrzyniami kombinowania, przecen, okazji. Dlaczego zatem zniechęca je cena w pierwszym sklepie, który nam pokazuje Google? Wyprawkę można zacząć kompletować już w ciąży, polować na przeceny, szukać tańszych producentów. Body niemowlęce z bawełny organicznej można kupić w podobnej cenie co body dziecięce w Pepco. 

2. Toksyczność upraw i produkcji

Przy uprawach bawełny konwencjonalnej stosuje się pestycydy i środki owadobójcze. To wszystko kumuluje bawełna. Trzeba zatem ją porządnie wyczyścić (oczywiście środkami chemicznymi), zabiezpieczyć na transport, zafarbować. Nie będę się nad tym rozwodzić. O trującym działaniu konwencjonalnej odzieży alarmował już pięć lat temu Greenpeace w akcji „Detox my fashion„:

Wyniki pierwszych badań ujawniono w 2011 roku. (…) Raport ujawniony przez Greenpeace informował, że w 2/3 ze 141 próbek wykryto etoksylowane nonylofenole (NPE) – szkodliwe związki chemiczne, oddziałujące negatywnie na układ hormonalny człowieka. Długofalowa ekspozycja na te substancje może prowadzić do zaburzeń endokrynologicznych, a nawet wywoływać zmiany w rozwoju płciowym. W odzieży wykryto też rakotwórcze barwniki. Naturalne tkaniny nie są wiele warte, skoro dodawane są do nich szkodliwe barwniki, środki ułatwiające prasowanie i rozprostowywanie odzieży, a także pestycydy konserwujące odzież na czas, kiedy leży ona w wilgotnych i nieogrzewanych magazynach. (…) Rok temu badaniom poddano ubranka dla dzieci. Wyniki potwierdziły problem zdiagnozowany wcześniej w testach odzieży dla dorosłych. W dziecięcych ubraniach znaleziono m.in. NPE, uczulający i rakotwórczy formaldehyd i środki konserwujące, np. grzybobójczy umaran diametylu, który zapobiega rozwojowi pleśni w trakcie długiego transportu. Wszelkie toksyny na młody organizm działają mocniej i mogą prowadzić do osłabienia rozwoju dziecka.

(womanmagazine.pl)

Dodatkowo, wspierając produkcję bawełny przemysłowej, przykładamy rękę do pracy z środkami chemicznymi na etapie zbioru, przygotowania tkaniny i szycia.

Tymczasem bawełna organiczna musi spełniać wyśrubowane normy:

Bawełna organiczna pochodzi z kontrolowanych plantacji, na których nie są stosowane pestycydy. Plantacje organiczne stawiają na metody przyjazne środowisku. Aby plantacja stała się organiczna, musi przejść trzyletnią „kwarantannę” – co najmniej przez tyle lat gleba nie może przyjmować substancji chemicznych, aby na niej mogła rosnąć bawełna organiczna. Po tym czasie rozpoczyna się plantacja przyjazna naturze i może ubiegać się o odpowiedni certyfikat. W hodowli bawełny wykorzystuje się substancje podlegające biodegradacji, jak kwas cytrynowy, czosnek, lucerna, obornik oraz pożyteczne owady. Bawełna jest zbierana rotacyjnie, zgodnie z jej naturalnym cyklem rozwoju. Uprawa organiczna zabiera więcej czasu, jest wspierana nowymi badaniami nad zachowaniem jej „naturalnej czystości” i w efekcie jest bardziej kosztowna. Bawełna organiczna jest zbierana ręcznie. Jest niedopuszczalne, aby bawełna organiczna była farbowana konwencjonalnymi barwnikami, które s ą szkodliwe dla skóry, gdyż w efekcie cały proces hodowli bawełny w jej naturalnych warunkach będzie zaprzepaszczony. Bawełna organiczna jest farbowana naturalnymi barwnikami, dzięki czemu jej włókna są silniejsze, a ich struktura jest wygładzona. Nasza skóra odczuwa je jako miękkie i delikatne.

(kolorysci.org.pl, Stanisław Pruś, Bogumił Gajdzicki, Stowarzyszenie Polskich Chemików Kolorystów,„Zrównoważone” działania w uprawie i chemicznej obróbce bawełny)

3. Sprawiedliwy handel

Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany. Czy wiesz, jakie warunki panują na plantacjach bawełny?

Sprawiedliwy handel to coś, co powinniśmy wspierać każdym zakupem. Gdyby każda rzecz, którą kupujemy, miała na etykiecie opisaną dokładną drogę, którą pokonała aby trafić w nasze ręce, zupełnie inaczej byśmy podchodzili do zakupów, także odzieżowych.

Bawełna organiczna to nie tylko brak toksyn, ale uprawy pod kontrolą i nadzorem, których pracownicy nie mają kontaktu z pestycydami, ich prawa są szanowane a praca godziwie wynagradzana.

4. Różnica w jakości

Przyszły do nas w tym tygodniu bodziaki z Nanaf Organic –  mają bardzo wysoką jakość wykonania, są starannie uszyte. Poza tym, a może przede wszystkim, bawełna organiczna to zupełnie inna jakość tkaniny – jest miękka, śliska w dotyku, inaczej przepuszcza powietrze. Jej naturalne kolory to piękne pastele, nie trzeba jej farbować by ładnie wyglądała.

Bawełna organiczna wolniej się zużywa, nie wyciąga się tak mocno jak tradycyjna.

Jak i gdzie kupować?

Jeden ze sklepów podlinkowałam wam powyżej. Wszystko zależy, czy chcecie modnego designu, ciekawych, ekologicznych nadruków na tkaninie, w jakim wieku macie dziecko. Znam i polecam Coodo, i… i nic więcej wam nie polecę, bo do tej pory nigdzie indziej nie kupowałam. Gdzie polecacie? Jacy są wasi ulubieni producenci? A może szyjecie sami?

Organiczne ciuszki dla dzieci poznacie po tych oznaczeniach:


bawełna organiczna dzieci

bawełna organiczna dzieci

bawełna organiczna dzieci

bawełna organiczna dzieci


Uwaga! Pierwsze z nich oznacza, że bawełny organicznej jest w tkaninie con. 5%, a więc nie jest to w pełni organic cotton.

 

 

Ten wpis powstał w ramach Stycznia – miesiąca sprawiedliwego handlu, który współtworzymy na grupie Żyjemy Eko. Jeśli chcesz do niej dołączyć, śmiało klikaj w baner poniżej:

żyjemy eko
kliknij w baner, aby dołączyć do grupy

Nie tylko my jesteśmy biedni – Fair Trade

sprawiedliwy handel

sprawiedliwy handel

Nadchodzi „nowa etyka ekonomii”, pisze portal dziecisawazne.pl . No i mają rację. Etyka w naszym społeczeństwie jak cię mogę – tyle procent katolików, no to musi być etycznie. Nie krzywdzimy innych (za bardzo), płacimy podatki (czasem), pomagamy sobie jak możemy. Ale jak przychodzi co do czego i trzeba wydać pieniądze, albo zarobić pieniądze, to całą naszą etykę można o kant d… potłuc. Nie żartuję i dobrze o tym wiecie.

sprawiedliwy handel
źródło memu: czerstwe.pl

Nasz ogólnospołeczny problem jest następujący: oszczędzamy nie na tym, co trzeba. Żeby zakręcić wodę jak bez sensu leci z kranu boli nas ręka, ale potem szkoda nam wydać 10 zł więcej na koszulkę. (Woda mnie wkurza bo dziś dostałam wysoki rachunek, nie miejcie żalu, że tak jadę po nieoszczędzających, mam ogólną wewnętrzną irytację).

Lubimy niskie ceny, bo jesteśmy biedni. Ale nie jesteśmy najbiedniejsi.

Jak powstają produkty, które kupujemy?

Na przykładzie jednego z filmów o wyzysku w handlu, który oglądałam – „Nieczysta gra sieciówek” z roku 2014 – popularne u nas sieciowe sklepy odzieżowe szyją ubrania poza Europą, w Bangladeszu, w Indiach. Szyją w okropnych warunkach – po kilkanaście godzin dziennie, za grosze, w rozpadających się budynkach, postawionych nielegalnie i grożących zawaleniem (zerknij na opis tej katastrofy z roku 2013). To nie jakieś szemrane marki, ale sklepy, których szyldy widać w każdym Polskim centrum handlowym: H&M, C&A. Odzież „na każdą kieszeń”, szmaciane bluzki za 40 zł, które niszczą się po jednym sezonie. Ale fakt, w Polsce stać na nie prawie każdego. Tylko, że ten „każdy”, kupując, rzadko zastanawia się jaką drogę przebyła owa bluzka… I że pracownik szwalni mógł ją przypłacić zdrowiem lub życiem. Tutaj znajdziecie wywiad z pracownicą szwalni, między kolejnymi pytaniami można znaleźć też przejmujące zdjęcie z transparentem „Nie chcę umierać za modę”.

Protest w pierwszą rocznicę katastrofy Rana Plaza (fot. Solidarity Center / Sifat Sharmin Amita / flickr. com / CC BY-ND 2.0
Protest w pierwszą rocznicę katastrofy Rana Plaza (fot. Solidarity Center / Sifat Sharmin Amita / flickr. com / CC BY-ND 2.0 / gazeta.pl

Kolejny przykład – kawa. Sama mam wiele za uszami w tej kwestii, bo przy siedmiomiesięcznym Lisku stałam się absolutnym kawoholikiem… A jak wiadomo, towar luksusowy kosztuje. O „skomplikowanym łańcuchu dostawców” i o tym, że kawę zbierają nierzadko dzieci i niewolnicy, poczytasz tutaj.

Niezależny duński ośrodek mediów i badań DanWatch, po siedmiu miesiącach dziennikarskiego śledztwa, ujawnił, że największe korporacje na rynku kawy kupują ją także od dostawców, którzy niewolniczo wykorzystują swoich pracowników.

Dotyczy to firmy Nestlé i Jacobs Douwe Egberts, których łączny udział w rynku kawy wynosi blisko 40 proc. Obie korporacje twierdzą, że nie kupują kawy od plantatorów znajdujących na „czarnej liście”, ale być może część kawy pochodzi z brazylijskich plantacji wykorzystujących pracę niewolniczą. Nie znają też nazw wszystkich plantacji, które dostarczają im ziarno.

(strajk.eu)

Pestycydy, praca niewolnicza, niskie płace, wyzysk dzieci. To wszytsko jest na porządku dziennym przy zbiorach kawy, owoców tropikalnych. Również produkcja elektroniki nie jest pozbawiona łamania praw człowieka (o tym jeszcze napiszę). WSPANIAŁE opracowanie tematu (Gobalna praca – globalna solidarność) przygotowano w ramach kampanii „Kupuj odpowiedzialnie”. Znajdziecie je na stronie Ekokonsumenta pod tym linkiem. Mowa jest tam o ludziach z krwi i kości, których życie naznaczone zostało globalnym handlem pozbawionym etyki. Takie materiały naprawdę otwierają oczy.

fair trade
źródło: koffea.gr
fair trade
źródło: mic.com

Co w zamian?

Tylko i aż Fair Trade, czyli wspomniana wcześniej „nowa etyka ekonomii” – sprawiedliwy handel. Taki, w którym proces produkcji na każdym etapie jest kontrolowany i weryfikowany; taki, który nie łamie praw człowieka i pracownika. Idąc za Ekokonsumentem, zasady sprawiedliwego handlu to:

  • Uczciwa cena jaką otrzymują producenci za swoje produkty
  • Bezpieczne i oparte na zasadach szacunku praktyki handlowe
  • Sprawiedliwe płace i odpowiednie warunki socjalne
  • Ochrona Środowiska
  • Demokratyczne zarządzanie organizacją producencką
  • Dążenie do zwiększania niezależności producentów
  • Zwiększanie wiedzy i świadomości konsumentów

To nie są zasady dla wybranych „ekoświrów”, ale podstawy etyki w handlu, które powinny być bliskie każdemu człowiekowi. A dlaczego nie są?

No bo skąd wziąć na to pieniądze?

Zakładamy z góry, że produkt fair trade jest droższy. Bo, owszem, zazwyczaj jest. Ale czy jest on obiektywie drogi? Bo mnie się wydaje, że przywykliśmy do płacenia grosze za produkty, które tanie nie są i stąd cały problem. Towary, które przepłynęły tysiące kilometrów, które pracownicy plantacji godzinami pielęgnowali i zrywali z krzewów, naklejali oznaczenia, woskowali i przygotowywali do transportu… Ot, taka mandarynka. 4zł za kilogram pomarańczowej rozpusty. Ale jakim kosztem? Ludzkim.

Można kupować tylko lokalnie. Można fair trade, drożej, ale oszczędzając na innych sprawach. To kwestia etyki, etyczne zachowania nie zawsze się kalkulują. Ale zawsze warto się wysilić.

Jak zatem rozpoznać produkt sprawiedliwy?

Fair Trade ma swoje oznaczenia i certyfikaty. Jak piszą na dziecisawazne.pl:

Takie produkty muszą być certyfikowane na każdym etapie procesu produkcji: od wytwórcy po sprzedawcę. Jeśli zaangażowani są w to podwykonawcy, oni również muszą starać się o certyfikat. Handlowiec, który chce sprzedawać produkt oznaczony znakiem gwarancji FT, musi posiadać licencję stosowaną tylko do tego konkretnego artykułu a nie całej marki.

Także nie jest łatwo; ale dzięki temu kupujący ma pewność, że nie krzywdzi nikogo i może sobie jeść czekoladę/banana w spokoju sumienia.

A takie oznaczenia pomogą wam rozpoznać produkt sprawiedliwego handlu:

oznaczenia sprawiedliwego handlu

Ten wpis powstał w ramach Stycznia – miesiąca sprawiedliwego handlu, który współtworzymy na grupie Żyjemy Eko. Jeśli chcesz do niej dołączyć, śmiało klikaj w baner poniżej:

żyjemy eko
kliknij w baner, aby dołączyć do grupy

Jak Mama Liska spaliła buraka

właściwości buraka

właściwości buraka

Popełniłam niedawno wpis o nieszczelności jelit (patrz: Policz swoje dziury), bo dla mnie odkrycie jak wielką rolę odgrywają ludzkie jelita, było przełomowe w moim myśleniu o zdrowiu i jedzeniu. Ostatnio udało mi się nawet wyczytać, że jelita są jak nasz drugi mózg, a ich sprawność ma ogromne znaczenie dla pracy umysłu i psychiki.

Spaliłam jednak buraka w tym nieszczęsnym i szczęsnym wpisie o dziurach. Dlaczego? Podałam wam przepis na test buraczany (w skrócie: wypij sok z burola, jak masz dziury to wysikasz się na czerwono). Niby ma to sens, niby Słonecki szarlatan jeden wyjaśnił czemu tak się dzieje (swoją drogą mikstury Słoneckiego już nie pijem, bo to bioenergo a my takich nie uznajemy). Nauka jest dla mnie prosta na przyszłość: nie wierzyć za łatwo, nawet jeśli ktoś jest na całą Polskę czytany i cytowany, i wydał kilka tomisk książek o zdrowiu. Nie wierzyć i już.

To jak to jest z tym kolorem buraka?

Burak zawiera wspaniałą substancję, o której za chwilę rozpiszę się mocniej. Zwie się ona betanina. Betanina sprawia, że burak ma czerwony, piękny kolor. Dlaczego jednak pojawia się on w moczu tylko u niektórych, by zniknąć po zmianie diety na zdrowszą? Sekret nie tkwi w nieszczelności jelit, ale w ogólnej sprawności trawienia. Organizm dobrze odżywiony lepiej radzi sobie ze strawieniem betaniny, stąd mocz po zjedzeniu buraka u osoby np. na diecie paleo pozostaje bezbarwny. Natomiast jeśli organizm funkcjonuje na śmieciowym jedzeniu, siusiu będzie czerwone. I cała filozofia, a test buraczany, niestety, można o kant d… potłuc.

Czy warto jeść buraki?

No pewnie, że warto. Szklanka soku z buraka dziennie to doskonały lek na anemię. Mało tego! Wspomniana wcześniej betanina jest przeciwutleniaczem, który wykazuje działanie antynowotworowe. Pewnie, samym burakiem raka nie wyleczysz (choć niektórzy zapewne próbowali), ale profilaktyka nowotworowa powinna zaczynać się właśnie od zmiany diety.

Co jeszcze może zdziałać nasz czerwony przyjaciel? Wspomaga pracę jelit i usuwanie z organizmu toksyn, co jest bardzo ważne przy chorobach autoimmunologicznych (pisałam o tym we wpisie #RESET!). Dla osób o zaburzonej w organizmie równowadze kwasowo-zasadowej (o tym dopiero będę pisać) burak jest pomocny od strony alkalizacji – ma silne działanie zasadotwórcze. Jedzony na surowo powoli uwalnia energię, ma też niski indeks glikemiczny.

Pod jaką postacią?

Kiszone, surowe, pieczone… No jakie chcesz! Każdy z nich będzie miał trochę inne właściwości, np. IG, ale prawda jest taka, że wszechstronność buraka nie zna granic. Ja mam na oku buraczane brownie, smoothie z buraczkiem i buraki kiszone. Btw, robiliście kiedyś zawas z buraków na barszcz? No kurczę, jest tyle możliwości! Jak myślę, że jeszcze niedawno jedyny burak jakiego tolerowałam to ten rozgotowany w zupie, to robi mi się słabo…

Będę te przepisy testować i dzielić się na Instagramie. Powiem wam, że zdrowie życie wciąga. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się dziwne, ekoświrnięte i nie do zrealizowania w życiu, nagle staje się potrzebne i pożądane.

Wystarczy bowiem zauważyć pozytywne rezultaty. Czego na Nowy Rok sobie i Państwu życzę.

hi hi hi

Dziękuję ale nie sprzątam – problem psich kup

problem_psich_kup

problem_psich_kup

Był taki czas, że nasz pies robił kupy większe niż jego głowa; głowę ma dużą, bo to Golden Retriever. Był wtedy na karmach zbożowych, pierdział głośniej niż rura wydechowa malucha i śmierdział gorzej niż kibel na dworcu PKP. Małe szczenię, z którego wydostaje się taki Mordor – zgroza. Miałam wtedy jednak postanowienie – co by się nie działo, będę te jego wielkie plackokupy sprzątać. No i sprzątałam, jedną ręką zatykając nos, drugą ręką trzymając psa, trzecią ręką zgarniając kupę w torebkę trzymaną w czwartej ręce, a stopą zasłaniając się przed mówiącymi wszystko i nic spojrzeniami przechodniów.

Potem śmierdzącym kupskom i złemu stanowi sierści powiedzieliśmy dość – nasz pies zmienił dietę na psie paleo, czyli BARF. Sierść zabłysła, zęby zalśniły, bąki zniknęły, a do tego, co jest przedmiotem niniejszego postu, kupy, zgodnie z obietnicami kryjącymi się za psim paleo, stały się malutkie, zwarte i twarde jak kamyczki. I co najważniejsze – było ich mniej! A ja, zamiast z ochotą chwycić eko torebkę i zgarnąć owe kamyczki do kosza, przestałam sprzątać po Hermesie (tak, mój pies to posłaniec bogów z Olimpu na Ziemię, deal with it). Dlaczego?

  1. Raz zapomniałam torebki na spacer. Mój pies zrobił swoją kamyczkową kupę na środku pasu zieleni, gdzie nikt nie spaceruje, nikt nie biega, nikt nic nie robi. Pas sobie jest. Po czym poczułam pacnięcie w mój płaszcz. Ktoś z okna z dzikim wrzaskiem „sprzątaj po tym gó*norobie!”… rzucił we mnie jabłkiem.
  2. Zdarzało mi się puszczać psa bez smyczy po pasach zieleni między blokami na osiedlu, tam, gdzie są pustki, nie ma placów zabaw, mało kto chodzi, mało oblegana pora w ciągu dnia. Pies bawił się ze mną patykiem. Nagle starsza pani lunęła na nas z balkonu wiązanką przekleństw i słowami: „proszę zabrać stąd to zwierzę”. Na moje tłumaczenie, że przecież pies nic złego nie robi, usłyszałam: „pies zostawia zapach i inne psy potem tu przychodzą sikać”. Ręce mi opadły.
  3. Nie dalej jak w ubiegłym roku na naszym osiedlu obok istniejących już tabliczek „sprzątaj po swoim psie” pojawiły się nowe, tym razem z chwytliwym hasłem „dziękujemy, że sprzątasz po swoim psie”. Eleganckie, kolorowe, porządnie wykonane, stojące na każdym kroku. Nie chcę nawet kalkulować, ile pieniędzy na nie wydano.
  4. W tym samym czasie i tej samej, a nie równoległej rzeczywistości na moim osiedlu jest jeden (sic!) kosz na psie odchody. Aby do niego dojść potrzebujemy spaceru trwającego co najmniej 15 minut w jedną stronę.
  5. Podpatrzyłam – jeśli już ktoś na osiedlu sprząta psią kupę, robi to wkładając ją do zwykłej torby foliowej (typu tych wyłożonych w markecie przy warzywach) i wrzuca do kosza pod klatką, których mamy pod dostatkiem.

Fajnie fajnie, wypisałam sobie pięć podpunktów, ale co z tego wynika?

Po pierwsze i po drugie: problemem osiedli takich jak moje jest brak ludzkiej kultury i akceptacji dla posiadaczy zwierząt w ogóle, a nie sprzątanie kup. Istnieje za to akceptacja dla dewastowania klatek schodowych, palenia papierosów pod blokiem tuż obok przejeżdżających wózków z dziećmi, niewyrzucania śmieci, picia wina przy śmietniku, dokarmiania gołębi spleśniałymi resztkami pieczywa i mnóstwa innego syfu, którego mi się już nawet nie chce wymieniać.

Po trzecie i po czwarte: dlaczego, do jasnej parasolki, nie można sobie odpuścić tabliczek i kupić koszy na psie odchody? Zamykanych od góry jak Pan Bóg przykazał. Moje miasto kupiło już ze dwa lata temu odkurzacze do psich odchodów, które spółdzielnie mogą od miasta wypożyczać. Czemu za mój czynsz nie chodzi po osiedlu pracownik i tych kup nie odkurza? Skoro jest pracownik od koszy na śmieci, od zamiatania liści, skoro spółdzielnia ma pieniądze na wydrukowanie ankiet dla każdego mieszkańca z prośbą o opinię nt. jakości pracy pracowników gospodarczych, czemu nie wypożyczyć raz w tygodniu tego odkurzacza i kup nie… wciągnąć?

Po piąte: Nasze społeczeństwo jest nieekologiczne. Recykling według moich sąsiadów polega na tym, że wyjmą drożdżówkę z torebki foliowej a potem w tę samą foliówkę zawiną psią kupę i wrzucą do kosza pod blokiem.

Psie odchody w koszach na śmieci, nie sortowane osobno, stanowią zagrożenie epidemiologiczne. Można się od nich zarazić glistami, salmonellą i mnóstwem innego świństwa. Nigdy nie wiadomo, co siedziało w psie którego kupa leży w koszu pod blokiem. Do tego kosza wasze dziecko wrzuci śmietek, szturchając kosz rękawem kurtki. Leżąca na trawie psia kupa rozkłada się po trzech dniach. Śmietniki są opróżniane raz w tygodniu albo rzadziej.

A teraz, co byście nie wieszali na mnie psów i ich kup, powiem wam z czym absolutnie się zgadzam i co czynię:

  • Sprzątam kupy mojego psa gdy padają one w okolicy placów zabaw, boiska, na chodnik, blisko krawężnika czy studzienki kanalizacyjnej (raz z Mężem sprzątaliśmy pod ekskluzywnym hotelem w Sopocie, ot, tak się pieskowi zachciało)
  • Sprzątam kupy mojego psa gdy jesteśmy w okolicy tego jednego kosza na psie odchody na całe osiedle
  • Sprzątam kupy mojego psa po odrobaczeniu, gdy wiem, że mogą w niej być niefajne rzeczy, które mogą zarazić inne pieski.

 

Nie jestem przeciwniczką ładu i porządku. Miasto miastu nierówne, są okolice w których kosz na koszu, wiszą nawet torebki biodegradowalne pod tym koszem a ludzie i tak nie sprzątają. Tego nie rozumiem i nie ogarniam. Ogólnie jestem za sprzątaniem i za naturalnym rozkładem, nie za wdeptywaniem i sraniem na środku chodnika. No ale.

A co ty o tym myślisz?