Mama-artystka i pieluchy [gość]

To najpierw parę słów od Mamy Liska… Monika Lis, którą dziś goszczę na blogu, była uczestniczką mojej pierwszej grupy Kursu Online Naturalnego Pieluchowania Noworodka 🙂

Polubiłyśmy się, bo mamy wiele wspólnych tematów. Udało mi się namówić ją na wpis gościnny o jej przygotowaniu do bycia mamą i o tym, jakie miejsce zajmują w tym przygotowaniu pieluszki wielorazowe.

Poczytajcie same:

 

 

Jak zachowuje się artystka w ciąży?

a) popada w euforię,

b) popada w depresję,

c) zapisuje się na setki warsztatów i obkłada książkami,

d) stwierdza, że i tak się nie przygotuje do macierzyństwa,

e) szyje pieluchy.

 

Przerobiłam do tej pory wszystkie możliwe odpowiedzi na to pytanie ;). Najpierw na wieść o ciąży – drugiej, bo pierwszą niestety straciłam – była wielka radość. Później, kiedy przekroczyłam granicę pierwszego trymestru, musiałam zmierzyć się ze zmianami zachodzącymi w moim ciele. Myślałam, że łatwiej przyjdzie mi pogodzić się z tym, że przybieram na wadze, a tu jednak rzeczywistość okazała się być inna – swoje musiałam przecierpieć. A gdzieś tak w połowie ciąży zaliczyłam wielki spadek nastroju. Źle sypiałam, byłam bardzo marudna, nic mnie nie cieszyło (a mówią, że drugi trymestr to takie miesiące miodowe ciąży!). Na szczęście wraz z trzecim trymestrem humor i chęć do działania wróciły do normy. Więc mogę na spokojnie kompletować swoją macierzyńsko-połogowo-noworodkową wyprawkę. Kompletować, czyli zdobywać wiedzę i… szyć! I słuchać mądrych mam, które dzielą się swoimi doświadczeniami, co im się przydało przy noworodku, a co było tylko nic niewnoszącym gadżetem.

 

Na co komu dziś… tetra?

Siedzę właśnie przy dużym stole obłożona tetrą bawełnianą i bawełniano-bambusową. I rozkminiam, czy zeszyć całą w samoloty, czy może uszyć z niej prefoldy (z wkładem z dzianiny bawełnianej), a w ogóle to w jakim to wszystko rozmiarze? A może w ogóle postawić na formowanki? Zwariować można z tymi pieluchami! To po co pchać się w wielorazówki, skoro wszędzie dostępne są od ręki pampersy?

 

Nie, pytań „po co” już sama sobie nie zadaję, ale otoczenie na wieść o moich planach pieluchowania wielorazowego – owszem. Na szczęście mam wokół koleżanki, które w taki sposób pieluchowały swoje dzieci, nie mówiąc już o moich rodzicach, bo przecież w tamtych czasach była tylko tetra. Tata wspominał, jak to stał nad parującym garem z pieluchami, potem je rozwieszał, a jego mama jeszcze go goniła, żeby to wszystko porządnie uprasował 😉 Jak to dobrze, że teraz czasy się zmieniły i żadna z nas nie musi stać nad garem z brudnymi pieluchami, a żelazko się nie przydaje! Może za to zanurzyć się w przyjemnych kolorach i fakturach, obkupić się w potrzebne materiały i z radością wziąć się za szycie pieluch.

 

Cóż, nie przypuszczałam, że wpadnę na całego w pieluchy. Że myśl o szyciu mięciutkich formowanek i wełnianych gatek będzie mnie w stanie wypchnąć z rana z łóżka, a nie – jak do tej pory – na przykład praca nad zajęciami pisarskimi czy lekcje śpiewu. Odkąd natrafiłam kiedyś w internecie na informacje o wielorazowym pieluchowaniu, musiałam zagłębić się w temat. Faktycznie głowa mi od tego pękała, bo wszystko było dla mnie nowe, a przewijające się wszędzie specjalistyczne słownictwo to już prawdziwy koszmar! Ale mam to szczęście, że jak czegoś potrzebuję, to świat mi podsyła rozwiązania. Tym razem był to kurs Moniki. Zapisałam się, z zapałem odrabiałam zadania domowe, zaczęłam ogarniać temat dzięki materiałom kursowym, zamówiłam – po konsultacji u Moniki – zestaw pieluchowy dla noworodka i… czuję radość, że nasza Marysia będzie miała takie miłe, naturalne rzeczy na pupie!

Po co się tak męczyć?

Mnie w sumie to nieużywania pampersów nie trzeba było wiele przekonywać. Sama mam tak, że jak używam podpasek – zwłaszcza latem, i zwłaszcza podczas jakiejś aktywności fizycznej – że moja pupa mi się odparza. I jak pomyślałam o pupie naszej Marysi i jej skórze, która dopiero co trafi z mojego brzucha na ten świat i ma zostać zapakowana w coś, co nie oddycha i zrobione jest ze sztucznych materiałów, to zrobiło mi się smutno i pojawił się bunt: o nie, tak nie będzie!

Potem się okazało, że takie rozwiązanie ma wiele zalet: jest tańsze, bardziej eko, pupa dziecka się nie odparza, więc nie trzeba kupować na to specyfików wszelkiej maści. Myślę, że też zwiększa świadomość rodzica na temat fizjologii dziecka. Bo pieluchy dopasowuje się względem wieku dziecka i jego indywidualnych potrzeb – tego też nauczyłam się dzięki Monice. I tak oto dołączyłam do osób zakręconych na punkcie wielorazówek. Tadam! I szerzę o nich informacje, gdzie mogę. A koleżanki dziwią się „ojej, to pieluchy mogą być takie ładne?”.

 

Pieluchy a przygotowanie do macierzyństwa

Tak, mam poczucie, że do macierzyństwa przygotować się nie da. Że dziecko zmieni moje postrzegane świata i siebie, ale dopóki się nie pojawi, nie jestem w stanie stwierdzić, jak to będzie. Ale mogę się wiele nauczyć o tym, jak wygląda poród, pielęgnacja noworodka, połóg, jakie są sposoby na budowanie rodzicielstwa bliskości. Stąd te wspomniane książki i warsztaty na początku postu. Chodzę, czytam, interesuję się i mam dzięki temu coraz większą świadomość, co nas czeka, ale też co nam pasuje, a co jest sprzeczne z naszym podejściem, gdzie szukać pomocy, kogo słuchać, czyimi opiniami się przejmować, a czyje historie puszczać mimo uszu. I już nie jestem przerażona, że nic nie wiem i olaboga, jak to będzie z noworodkiem na pokładzie 😉 No dobra, panika mnie ogarnia tylko co jakiś czas 😀

 

Wielopieluchowanie to też jest dla mnie impuls do zgłębiania wszelkich naturalnych sposobów pielęgnacji dziecka, ale też szukania różnych eko rozwiązań do domu. Sama zaczęłam na przykład używać wielorazowych wkładek higienicznych. Przestałam używać balsamu do ciała, olej migdałowy mi w zupełności wystarcza. A to dopiero początek!

 

Mama-artystka

Mój mąż się śmieje „i na co ci były te studia, żeby teraz szyć pieluchy!”, a ja myślę sobie, że wszystkie moje dotychczasowe zajęcia i aktywności przygotowywały mnie do tego, co ma nadejść. Studia filozoficzne uczyły pokory i świadomości, że nie da się wszystkiego zrozumieć i wytłumaczyć. Dzięki lekcjom śpiewu i nagrywaniu płyt mam swobodę w wymyślaniu piosenek (czyżby nadchodził powoli czas na kołyskanki?). Kilka lat zajmowania się szyciem, i już swobodnie mogę kompletować wyprawkę taką, jaką chcę, a niekoniecznie taką, jak chcą mi wmówić spece od marketingu. Myślę też, że dzięki temu będę mogła Marysi pokazywać świat od wielu różnych stron. A jak do tego włączy się mój mąż inżynier naukowiec, to już w ogóle będzie szał!

 

Monika Małgorzata Lis – z wykształcenia filozof, z serca artystka. Autorka powieści „Koniec świata”, której akcja rozgrywa się na bieszczadzkich szlakach oraz tomiku wierszy „Tańce duszy”. Śpiewa, ma na koncie 2 płyty, w tym 1 z własnymi piosenkami. Szyje, pisze i uczy pisania, uwielbia wędrówki po górach i świeżo paloną kawę. Przygotowuje się na przyjście na świat córeczki Marysi. monikamalgorzatalis.pl

Ekoalchemia – skąd czerpać wiedzę tajemną?

eko trendy 2017

 

Zabieram was dziś w podróż – w dawne dzieje, dawne krainy, do odległych wiosek, na uroczyska, do Empiku…. Wróć!?

Jak to do Empiku?

A tak to, że w ekologii, jak w każdej dziedzinie życia, istnieją trendy. A ja ostatnio zauważam, np po tytułach książek w sieciowych księgarniach, pewien mocny trend na kilka tematów.

Są to:

  • zielarstwo

  • naturalna fermentacja

  • kompostowanie

I tak jak zazwyczaj odruchowo idę pod prąd i nie sugeruję się tym, co akurat modne, tak te trzy dziedziny pociągają mnie, kuszą, fascynują i przeciągają. Siedzę więc sobie w mojej dziczy, i, mając przed sobą ścianę lasu, wertuję internet w poszukiwaniu wiedzy tajemnej.

Wyłuskałam w ten sposób kilka perełek, którymi chcę się dziś podzielić.

Panie i panowie, bracia i siostry w życiu pełnym natury, powolności i szacunku do przyrody, odpowiadam o to na pytanie:

Skąd czerpać wiedzę tajemną nie zamykając nawet okna przeglądarki?

Teoretycy i wiedźmy (czyli kobiety, które wiedzą, a czasem nawet mężczyźni)

Wiedzę o ziołach, taką najbardziej podstawową, budzącą inspirację do sięgnięcia głębiej, czerpię z Instagrama Roślinne Porady:

 

🌱roślinny kalendarz na maj🌱 🍃jadalne dzikie rośliny sezonowe🍃 pokrzywa, mniszek lekarski, czosnek niedźwiedzi, podagrycznik, szczawik zajęczy, mięta, trybula, niezapominajki, miodunka, stokrotka, jasnota, gwiazdnica, smardze, gorczyca, rzepak, bluszczyk kurdybanek, czosnaczek, bez lilak 🌱na stronie🌱 🌿sezonowe warzywa, owoce i dzikie rośliny jadalne 🌿jakie kwiaty, warzywa i zioła siejemy lub sadzimy w maju 🌿co kwitnie oraz jakie czynności wykonujemy w ogrodzie 🌿ludowa meteorologia i ważne święta czy dni 🌸19 maja Wrocław – premiera książki i wymiennik 🌸21 maja Gdańsk – premiera książki i wymiennik 🌸27 maja Warszawa – spacer z dzikimi roślinami 🌼kwitnięcie glistnika jaskółcze ziele (na zdjęciu) oznacza, że jaskółki wracają do kraju😉 więcej: roslinneporady.pl #glistnik #glistnikjaskółczeziele #chwasty #wildflowers #wild #foraging #mat #kalendarzogrodnika #kalendarz #calendar #flowers #fleures #rosliny #kwiaty #spring #wiosna #ogrodnictwo #dzialka #szklarnia #ogrodek #warzywnik ##tetterwort #greatercelandine #chelidonium #flowerpower #plantpower #plantwave

Post udostępniony przez 🌱 Sebastian Kulis🌱 (@roslinneporady)

Znajdziecie na nim, prócz ziół, ich magnetycznych zdjęć i nazw, także przydatne informacje o tym, na co akurat jest sezon, co warto jeść aby dostarczać sobie odpowiednich składników odżywczych, jak uprawiać we własnych warunkach (a więc nie tylko na działce, ale też na balkonie, na parapecie; gdzie tylko chcesz). Oczywiście Roślinne Porady to nie tylko konto na Instagramie, ale taka pigułka wiedzy z Ig raz czy dwa razy w tygodniu sprawdza się doskonale –  jest łatwo przyswajalna i nie trzeba niczym popijać. Stronę internetową Roślinnych Porad znajdziecie tutaj. Jej autor, Sebastian Kulis, wydał też książkę i prowadzi cykliczne warszaty.

A co, gdy opanujemy już teorię, i marzy nam się praktyka zielarska: nalewki, maceraty, magiczne napary? Sprzedaję wam moje odkrycie roku; kobietę, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia i już odkładam pieniądze na odbycie z nią warsztatów zielarskich:

Zioła w pełni.

 

Matko Ziemio, jaką Ona ma wiedzę! I jak czaruje słowem! Poczytajcie tylko gawędy o Leśnym Złocie, czyli maści świerkowej:

Zanim poproszę roślinę o coś dla siebie, o skorzystanie z jej leczniczej mocy najpierw staram się nawiązać z nią relację. Zbudować bliskość. Poznać ją jak serdecznego przyjaciela. Rozkochać się w niej niczym w przedziwnej księdze. Zachwycić się.
Tak właśnie było ze świerkiem. Zbieranie ingrediencji do sporządzenia maści świerkowej trwało parę dni. Spędzonych w lesie, w towarzystwie świerków. Był to czas budowania intymności. Uważności. Czas kontemplowania świerkowych ran otulonych grubym opatrunkiem żywicy. Odkrywania przeszłości drzewa. Jego dramatów zapisanych w rozdarciach naruszonej przez zwierzęta kory. I w konarach nadwyrężonych gwałtownością wiatru.

Podoba mi się takie niespieszne bycie z roślinami. Poznawanie ich do głębi, wyczuwanie ich energii, wdychanie ich zapachu.
Nie wyobrażam sobie sytuacji – iść, narwać, przynieść łupy…
Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a potem poproś o coś dla siebie. A to co weźmiesz traktuj niczym najcenniejszy dar.

Powiem wam jedno: jeśli bliska wam jest natura i szukacie powrotu do źródeł, tak jak ja pokochacie Małgorzatę i jej opowieści.

 

Wczesna wiosna to nie tylko czas zbioru ziołowych nowalijek: nabrzmiałych słońcem pączków drzew i najsmaczniejszych o tej porze młodziutkich liści pokrzywy, mniszka, krwawnika, czy podagrycznika. Dla mnie to przede wszystkim „Czas Korzenia”. Wiosną (i późną jesienią) korzenie roślin to prawdziwa skarbnica cennych substancji leczniczych. Czarny, śliski w dotyku, przypominający węża #korzeń żywokostu posłuży mi do zrobienia maści o działaniu silnie przeciwbólowym (mięśnie i stawy), przeciwzapalnym i regenerującym. Ale zanim powstanie to wciąż zadziwiające mnie swoją skutecznością mazidło, najpierw trzeba nastawić olejowy wyciąg i #gliceryd żywokostowy. Ruszam do pracy… #żywokost #symphytum #roots #zioławpełni #zielarka #zdrowie #zioła #herbs #zbiory #naturelovers #zielarstwo #herbalism #plantmedicine #medycynanaturalna #ból

Post udostępniony przez Biodynamiczna uprawa ziół (@ziolawpelni)

Dawne sztuki, zapomniane procesy, proste a cudowne…

Mead Ladieskopalnia wiedzy i inspiracji. To duet dziewczyn, które kiszą, nastawiają octy, pieką ciasta, robią dzikie sałatki, i… pasjonują się grzybami. Aż miło popatrzeć, aż chce się dołączyć i chłonąć wiedzę całym sobą, bo niewiele jest osób, które potrafią w tak nowoczesny sposób przekazywać wiadomości nadające się, teoretycznie, do muzeum.

 

 

A co, jeśli mało nam kiszenia i dzikiego jedzenia, i chcemy naturalnie zakwasić organizm? Z pomocą przychodzą Zdrowe Octy ze swoim fanpejdżem na Facebooku:

Autorka służy radą i informacjami. Relacjonując swoje domowe wytwórstwo octów (które powstają praktycznie ze wszystkiego!), stworzyła wspaniałą i zaangażowaną społeczność.

A’propos, jeśli szukacie grupy wsparcia w nastawianiu octów, w której będziecie mogli zadawać pytania i chwalić się pierwszymi i kolejnymi krokami w zgłębianiu octowej wiedzy tajemnej, koniecznie zajrzyjcie do tej grupy na Facebooku:

Octomania – grupa miłośników octów

Pokochaj dżdżownice – sztuka kompostowania

Kompost to nic innego jak cenna ziemia uzyskiwana z… odpadów organicznych. Zaczynając od tych działkowych:

Ostatnio wśród osób niemających działki ani kompostownika miejskiego zapanowała moda na… kompostowniki balkonowe i do mieszkania. O takim wynalazku pierwszy raz przeczytałam na blogu Ograniczam się.

 

Póki co planuję sezonowy kompostownik z prawdziwego zdarzenia (obecnie nasze odpadki „kompostują się” same, czyli są zrzucane na hałdę, gdzie pastwią się nad nimi mikroogranizmy i czynniki środowiskowe). Informacji o kompostowaniu odpadów szukam na grupach: Wielkie kompostowanieZ mniasta do wsi.

__

To już koniec zestawienia. Wiesz już, dzięki jakim źródłom powstają takie cuda:

 

 

 

A jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co jest modne w ekologii i na co warto, a na co nie warto zwracać uwagi, zapraszam Cię do naszej aktywnej grupy Żyjemy Eko:

żyjemy eko
Kliknij w baner lub tutaj, aby przejść do grupy

Idealna pielucha na lato

OTULACZ WEŁNIANY WEŁNIASTE
OTULACZ WEŁNIANY WEŁNIASTE
Nowy otulacz Welniaste Sunset

Pieluchowo nam się ostatnio zrobiło, nie da się ukryć. W ogóle przy przenosinach wiosennych na wieś zauważyłam, że chyba mamy za dużo pieluch. Dotarło to do mnie kiedy pakowałam wielostos i znajdowałam w domu coraz to inne pudła i pudełeczka z pieluszkami… I wtedy, gdy okazało się, że moje dziecko ma więcej pieluch niż ubrań. Ba. Ja mam mniej ubrań niż moje dziecko pieluch. I mój mąż też. W ogóle odniosłam wrażenie, że większość przewożonych przez nas na wieś pakunków to pieluszki.

Nasza wieś kojarzy mi się z początkami wielopieluchowania – to tutaj rozwieszałam z moją mamą wielkie płachty tetry na słońcu, tu odbierałam pierwsze uszyte przez zdolne mamy gatki wełniane (zdjęcie jednych z nich znajdziesz we wpisie Dlaczego nie piorę dziecku gaci). Tutaj też walczyliśmy z megaodparzeniem i doświadczenia tej walki zamieściłam we wpisie o naturalnych sposobach na odparzenia – Tyłek pawiana i co z nim zrobić.

otulacz wełniany wełniaste
Lisek w hamaku podczas upałów, lato 2016

Ostatnio często dostaję pytania o to, jak pieluchować wielorazowo latem. Wiadomo, że systemów jest co niemiara, że materiałów cały wachlarz, a w dodatku każda okazja jest dobra do pieluchowych zakupów. Zatem każda z mam koniecznie chce kupić dziecku pieluszki, bo przecież latem to upał, gorąc, słońce i plażing smażing, więc coś oddychającego na pupkę dziecku trzeba wcisnąć.

Co ciekawe, coraz więcej mam używających jednorazówki latem próbuje znaleźć alternatywę. Uważam, że to świetne i zawsze staram się podsuwać im wielo, wariant bardziej ekonomiczny a jednocześnie taki, który zachęci do pieluchowania wielorazowo już na stałe. O tym, czemu pieluszki jednorazowe nie są najlepszym wyjściem dla Twojego dziecka przeczytasz we wpisie Posmaruj pupę dziecka chlorem.

Zatem – do rzeczy! Szukamy idealnej pieluchy na lato i oto naszym oczom ukazuje się kilka alternatyw:

1. Daj pupie dziecka pooddychać


Tetra – to propozycja numero uno. Zwykła pieluszka tetrowa spięta klamerką, np. Snappi. Jeśli jesteście w ogrodzie lub na plaży to w zasadzie nic więcej wam do szczęścia nie trzeba – tetra złapie co konieczne a skoro na pupie nie ma już nic poza nią, nie ma też potrzeby nic zakładać na wierzch. Jeśli potrzebę czujesz, może być to coś z kolejnego podpunktu, czyli…

2. Otulacz wełniany

To najbardziej oddychająca opcja na lato. Wełna swoimi zdolnościami termoregulacyjnymi przewyższa każdy materiał, z którego może być uszyta pieluszka. Co to oznacza?

  • wełna grzeje gdy jest zimno
  • wełna chłodzi gdy jest upał
  • wełna nie tylko przepuszcza parę wodną (jak np. PUL, z którego zrobione są pieluszki wielorazowe), ale wełna oddycha, zapewniając idealną cyrkulację powietrza.

Pod otulacz wełniany (lub gatki wełniane ale jednak tego materiału przy otulaczu jest mniej bo nie ma nogawek) można założyć tetrę, prefold czyli tetrę zszytą już i niewymagającą składania; można włożyć wkład z tkaniny naturalnej lub…

3. Pieluszka bawełniana

Formowanka, czyli pieluszka z bawełny lub innego materiału naturalnego bez warstwy izolującej wilgoć lub z małym panelem izolującym to wspaniały wybór na lato. Oczywiście znów – na upał, kiedy dziecko ma na pupie tylko pieluszkę, bo pieluszka zamoczy się i będzie to po niej widać – zobaczymy na pupie mokrą plamę materiału. Na drzemki natomiast polecam taki oto „myk”:

 

No dobrze, a więc co na lato?

Najbardziej polecany przeze mnie zestaw to otulacz wełniany + coś chłonnego z naturalnego materiału. Czy to będzie wkład, czy tetra, czy prefold, czy formowanka, zależy od waszej fantazji i upodobań, ale przede wszystkim od tego, co już macie w stosach pieluszkowych. Jeśli nie chcecie skończyć jak ja, pakująca przez 4 godziny same pieluchy mojego dziecka przy przeprowadzce, nie kupujcie nadmiaru pieluch i najpierw zastanówcie się, co już macie, a potem dopiero róbcie zakupy 🙂

 

Jak dbać o ten otulacz wełniany?

Kilka faktów o wełnie:

  1. Wełnę z merynosa pierzemy tylko wtedy, gdy się bardzo zabrudzi, np. kupką. Wełna ma działanie antybakteryjne więc należy ją tylko wietrzyć (I znów odsyłam do wpisu na ten temat)
  2. Nie, wełna nam nie będzie śmierdzieć. Jeśli śmierdzi, to znaczy, że pora już ją wyprać a może i zalanolinować.
  3. Pranie wełny: tylko ręcznie i tylko w wodzie o temp. 30 stopni, w specjalnych środkach do prania wełny lub w szamponie do włosów (wszak wełna to przecież włos!); oczywiście są pralki z programami do prania wełny, ale nie zawsze są one łagodne dla otulaczy wełnianych. Niewłaściwie pielęgnowany otulacz może się skurczyć, czyli sfilcować.
  4. Lanolinowanie wełny to prosty zabieg, który ma na celu utrzymać jej właściwości, czyli antybakteryjność i nieprzepuszczanie wilgoci; lanolinujemy otulacz wtedy, gdy przecieka lub gdy brzydko pachnie pomimo prania.

Szybki przepis na lanolinowanie wełny:

Za blogiem pieluchomania.wordpress.com:

Domowa kuracja lanolinowa:

Przygotuj:

  • 0,5 litrowy słoik
  • 400 ml wrzątku
  • łyżeczkę płatków mydlanych lub szarego mydła (np. Biały Jeleń)
  • łyżeczkę 100% lanoliny
  • miskę wypełnioną 2 litrami ciepłej (nie gorącej) wody

Wrzątek wlewamy do słoika i rozpuszczamy w nim mydło. Następnie dodajemy lanolinę i mieszamy do całkowitego jej rozpuszczenia. Powinna powstać jednolita ciecz o mlecznym kolorze bez kawałków nierozpuszczonej lanoliny. Gotowy roztwór wlewamy do miski z ciepłą wodą, mieszamy. Kuracja jest gotowa, można zanurzyć w niej nasze wełniaki.

Polecamy lanolinować osobno otulacze w jasnych i ciemnych kolorach oraz kolorach mocno różniących się od siebie, aby uniknąć zafarbowania jednych przez drugie. Gatki wełniane do lanolinowania wywracamy na lewą stronę. Otulacze i gatki z wełny pochodzącej z recyklingu możemy moczyć całą noc, natomiast otulacze szyte z tkaniny wełnianej moczymy max 5-6 godzin. Ważne, aby nie przekraczać tego czasu, ponieważ dłuższe moczenie może powodować kurczenie się otulacza.

Można też kupić gotową kurację lanolinową, np. Urlich Naturlich. Wtedy postępujemy wg. instrukcji na opakowaniu.

 

***

A co, jeśli nie macie w stosie żadnej wełenki? Jest szansa ją zdobyć bardzo małym wysiłkiem 🙂

Konkurs LISEKO i WEŁNIASTE

Mam dla was wspaniały, nowy wzór otulacza Wełniaste o wdzięcznej nazwie Sunset. Jak go zdobyć?

No to już musicie zapoznać się z postem konkursowym na Facebooku:

otulacz wełniany wełniaste
Przejdź do fanpejdża liseko.pl

 

Dlaczego ciągle nie jesteś eko? 4 główne powody

dlaczego ciągle nie jesteś eko

dlaczego ciągle nie jesteś eko

„To ja od jutra jem tylko Eko żywność.” „Nie będę używać domestosa i cifu.” „Okna na Święta umyje tylko wodą z octem.” „Przestanę kupować tanią odzież z sieciowek i Chińskie bibeloty”. „Będę sortować śmieci, kompostownik będzie na balkonie i raz w tygodniu oddam makulaturę do skupu.” „Koniec z kupowaniem w plastikowych opakowaniach.”

Postanowienia. Zmiany. Dobre chęci. Jest power – kupujesz litr octu, kwasek i sodę. Idziesz na wielkie zakupy, omijasz szerokim łukiem standardowe półki w markecie i bierzesz wszystko co ma ektykiete bio i eco. Drukujesz tysiąc przepisów na kosmetyki homemade i znasz na pamięć wszystkie adresy Eko blogów.

Ale zanim się obejrzysz – wszystko wraca do normy. Bo akurat szybciej było w markecie, bo ekosklep za daleko, bo nie wyprałeś wielorazowych pieluch i trzeba coś na pupę dziecku założyć. Bo masz ochotę na jajecznicę a są tylko jajka „dwójki”. Bo wszyscy w końcu tak robią i jakoś żyją.

Myślisz, że to prawdziwe powody, dla których twoje zmiany nigdy nie zostają u ciebie na stałe? A może to tylko wymówki?

Dlaczego ciągle nie jesteś eko? – poznaj 4 główne powody!

1. Nie planujesz z wyprzedzeniem

Wiadomo – jak nie ma dobrego planu, to trzeba rzeźbić, kombinować. Sama nieraz się na to nadziałam. Bo dużo prościej jest przecież kiedy masz ciężki dzień kupić gotowy obiad w styropianowym pudełku. Ale czy powodem jest na pewno ciężki dzień? A może to, że nadal nie masz planu posiłków na cały tydzień, a twoja lodówka świeci pustkami?

Planowanie posiłków to nie tylko wygoda, ale też większe panowanie nad tym, co kupujesz, ile tego zużywasz i zmniejszenie ilości jedzenia, które się marnuje. Trudno przecież zapomnieć o jakiejś samotnej marchewce, jeśli była kupiona z konkretnym przeznaczeniem, prawda?

To samo tyczy się większych projektów, jak np. budowa domu. Odzyskiwanie szarej wody czy system pozyskiwania energii odnawialnej to sprawy, które trzeba mieć na uwadze już na etapie marzeń i wstępnych planów.

Wracając do spraw bardziej przyziemnych – sprzątanie. Oczywiście, że nie będzie ci się chciało sprzątać łazienki, jeśli musisz zacząć porządki od wyprodukowania pasty z sody oczyszczonej, a zamiast pachnącego cytryną własnej roboty środka do dezynfekcji WC masz butlę śmierdzącego octu. Dołóżmy jeszcze do tego fakt, że masz na posprzątanie 15 minut. Kto by nie wolał polać domestosem i spuścić wody?

Planowanie to podstawa. Nie ma zmiłuj. Ograniczenie odpadów musi zacząć się od planowania zakupów i pomyślenia wcześniej o tym, co będzie potrzebne. Ograniczenie szkodliwej chemii musi być poprzedzone przygotowaniem naturalnych środków zawczasu. Ograniczenie spalin samochodowych musi być poprzedzone racjonalnym zaplanowaniem trasy.
R



2. Nie zrobiłeś miejsca na nowe

Chciałbyś mieć szafę kapsułową, ale ogrom twoich ubrań wychodzi z szafy niczym zionący smok i zachęca co najwyżej do szybkiego jej zamknięcia. Materiałowa torba na zakupy – fajna sprawa, ale przecież nawet nie ma gdzie jej powiesić w twoim przedpokoju. Kosze do segregacji śmieci już dawno się pomieszały, jeden to w ogóle się zepsuł, makulatura wywala się spod stołu w dziecięcym pokoju, ciągle kupujesz nowe gąbki do zmywania, nowe kosmetyki…

Gdzie masz pomieścić to całe eko?

Tak długo jak nie oczyścisz przestrzeni, nie będziesz mógł żyć ekologicznie. Zwyczajnie zabraknie ci pustej przestrzeni, w które mógłbyś wpuścić swoje nowe zwyczaje i pomysły. Do zagraconego umysłu, tak, jak do zagraconej przestrzeni domu, już nic się nie zmieści.

Nie karzę ci wyrzucać rzeczy. Możesz dać im nowe życie; możesz oddać je komuś innemu (np. za pośrednictwem naszej aktywnej grupy Żyjemy Eko, do której serdecznie cię zapraszam) albo zutylizować, albo podziałać recyklingowo, jak Julia z tego bloga, Gwarantuję ci, że minimalizm działa bardzo proekologicznie.



3. Zgubiłeś z oczu cel

Wszystko jedno w tym momencie, czy twoim celem jest zdrowa, naturalna rodzina, czy dbanie o Matkę Ziemię, czy przyczynienie się do poprawy jakości życia zwierząt. Tak długo, jak masz na tapecie swój cel, tak długo masz motywację do działania. Niestety, człowiek jest leniwym stworzeniem i nieraz to lenistwo prowadzi do usprawiedliwiania się a ono z kolei do odejścia od wartości, które w życiu wyznajemy.

Pisałam o tym we wpisie Nie tylko my jesteśmy biedni – nasze złe, nieekologiczne a nawet czasem nieetyczne wybory często wynikają ze złej piramidy wartości – cena ma większe znaczenie niż drugi człowiek, niekonsekwencja w wyborach to nasze drugie imię. Na szczęście większość osób, które decydują się wejść na „ekościeżkę”, w momencie zawahania wymaga tylko niewielkiej korekty kierunku.



4. Nie wyrobiłeś nawyku

Czy wiesz, że aby coś „weszło nam w krew”, potrzeba 21 dni? Potrzeba też nieraz mocno się nagłówkować, aby zmienić swoje dotychczasowe nawyki na lepsze. Umysł ludzki to skomplikowane urządzenie, człowiek też jest z natury wygodny i nie jest łatwo samego siebie nakłonić do zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń. Nie ma co liczyć na to, że to się zrobi samo. Użyj sztuczek! Możesz odhaczać każdego dnia raz wykonaną czynność (np. wzięcie ze sobą torby materiałowej na zakupy) albo nagradzać się za dobrze wykonane ekozadanie. Ogranicza cię tylko własna wyobraźnia 🙂


Czy te podpunkty brzmią znajomo? Jeśli tak, nie martw się – mam dla ciebie wspaniałą propozycję! Dołącz natychmiast do Ekowyzwania – uporządkuj dom i zrób miejsce na nowe! Nie zostawię cię samego z twoją bidą 🙂 Będziemy zajmować się tym wszystkim, o czym piszę w tym poście. Będą też gratisy do pobrania – mini planner w dwóch wersjach, harmonogram i etykiety motywacyjne – wszystko do uzupełnienia wg własnych potrzeb 🙂 Startujemy już w tę środę, 5 kwietnia 2017. Klikaj i zapisz się!:

ekowyzwanie
Tak, zapisuję się! – kliknij w baner

5 tricków jak żyć zdrowiej na stałe

żyć zdrowiej na stałe

żyć zdrowiej na stałe

Każdego to czasem dopada. A już zwłaszcza samozwańcze internetowe guru, chociaż wam o tym nie powie. OK, czasem powie, ale to za moment.

Doradzam innym, jak żyć zdrowo. Zachęcam do zmian. Pokazuję na sobie, że się da i że efekty są naprawdę fajne (ostatnio mi się schudło i nawet kupiłam mniejsze spodnie pierwszy raz od 7-8 lat, pryszczole sobie poszły, energii mam więcej chociaż Lisek budzi się pierdyliard razy w nocy). Ja stosuję paleo, ktośtam inny, jak np. Pepsi Eliot, poleci wam witarianizm, Zięba poleci wam dużo witaminy C. I każdy będzie miał rację. I każdy powie dobrze.

Ale mało który ekspert internetowy od tego, jak macie żyć i jeść (nazwijmy rzeczy po imieniu, czytasz mnie i próbujesz moje rady wcielać w życie, więc uważasz mnie za eksperta, prawda?) powie ci, że czasem ma dosyć. Że czasem już go szlag trafia, więc ucieka do Trójmiasta, obżera się jak szalony słodyczami, croissantami, pizzą, niezdrowym, szybkim żarciem i niezdrowym, slow żarciem. Tak, o mnie mowa.

 


Tak nam było dobrze. Zjedliśmy tyle ciastek, że nie mogliśmy się dotoczyć do Gdańska Wrzeszcza na pociąg do centrum. Było bosko. Nie żałuję.

Żałuję natomiast, że nie potrafię dojść do siebie po tym wszystkim. Niby wracam do zdrowego żywienia, ale po taaakim zepsuciu obyczajów moje zasady paleo jakoś mniej mnie się pilnują. Jakby wszystko się rozłaziło i szło swoimi drogami.. Tu smoothie z owoców, tam sernik „na pocieszenie”. Tu zdrowy obiad, tam pizza, bo „znowu w życiu mi nie wyszło”.

Moje rozchwianie przypłaciłam grypą jelitową (osłabiona odporność po końskiej dawce śmieciowego jedzenia), efektem jojo, złym samopoczuciem, bólem głowy, zepsutym stanem cery.

Nie polecam.

Zaczęłam natomiast myśleć, jak wrócić do równowagi, bo przecież chcę zdrowo i paleo, i smakowicie, i żeby dawać ciału dobre paliwo. Oto, co mi z tego wyszło:

1. Oczyść organizm

Ciało po szalonym rollercoasterze wydarzeń, wpadek i junk food potrzebuje resetu. Ja nasze oczyszczenie opisałam w poście #RESET – oczyszczanie organizmu . Mikstury Słoneckiego już nie stosuję, bo to szarlatan i bioenergoterapeuta, a ja na bioenergoterapię mam takie poglądy jakie mam, więc nie polecam. Jak zatem się oczyścić?

Codziennie rano wypij wodę z sokiem z cytryny. I już. Do tego możesz włączyć napar z czystka, o którym dużo informacji znajdziesz np. w Akademii Witalności. Nie przesadzaj z oczyszczeniem. Organizm, kiedy zamienisz złe jedzenie ponownie na wartościowe i odżywcze, sam dokona oczyszczenia.

2. Znajdź zastępniki

Miewasz ochotę na słodkie? Opracuj własne przepisy na zdrowe słodycze lub zbierz w jednym miejscu fajne receptury. Może zainspiruje cię Liskowy Instagram?

 

Jeszcze przed piecykowaniem. Kto chce przepis – musi zgadnąć, co jest jego bazą 😀 Do dzieła! ❗❗❗

Post udostępniony przez Monika Grzegorzewska (@liseko.blog)

Zachomikuj też w kuchennych szafkach przekąski: daktyle, morele, śliwki suszone, orzechy.

3. Planuj posiłki

Z tym mam zawsze największy problem, bo jestem typem spontanicznym. Ale przyznaję – gdy planuję, co będziemy jeść w danym tygodniu (nie tylko obiady, proszę państwa, o nie! śniadania i kolacje też), potem robimy zakupy według listy, to, prócz zmniejszenia ilości wyrzucanego jedzenia, udaje się zmniejszych ilość „wpadek” w okresie przejściowym między niezdrowym trybem życia a życiem pełnym witalności 🙂 Warto zatem raz w tygodniu usiąść, pomyśleć, przygotować przepisy.

4. Uzdrów swoje relacje z jedzeniem

Bardzo mądrze pisała o tym moja ulubiona blogerka kulinarna, Katarzyna Karus:

Bywa i tak, że postrzegamy swoją dietę (…) jak nie lada wyzwanie, coś praktycznie niewykonalnego, kompletną rewolucję, której przeprowadzenie może dorównać trudnością wyprawie na K2. Takie podejście powoduje, że sami utrudniamy sobie zadanie. Budujemy napięcie, nakręcamy się w negatywnych emocjach. W efekcie padamy przy pierwszym lepszym starciu bo tego napięcia nie wytrzymujemy.

(…)

Nasz umysł być może jest skomplikowany a nasza psychika nie do końca zbadana ale jeśli chodzi o tak podstawowe aspekty życia jak jedzenie i nagradzanie to jesteśmy skonstruowani dość prosto. Jeśli każdą okazję do świętowania powiążemy z jadalną nagrodą to szybko się okaże, że będzie to jeden z niewielu bodźców, które będą w stanie nas wprowadzić w dobry nastrój.

(…)

Emocjonalna więź z jedzeniem może być utrwalana również w zupełnie przeciwnych okolicznościach. Kiedy po ciężkim dniu w pracy (co gorsza głodni) po drodze do domu wpadamy do sklepu, kiedy staraliśmy się o coś co nam się nie udało, kiedy spadły na nas wiadomości z którymi nie mogliśmy sobie poradzić. Wszystkie negatywne emocje sprawiają, że czujemy nieodpartą chęć osłodzenia sobie życia. I znów jedzenie staje się jedynym pozytywnym bodźcem. Kiedy utrwalimy sobie taką reakcję będziemy chcieli do tego bodźca wracać i w końcu możemy się zapętlić.

Mogę się podpisać pod każdą z tych diagnoz. Jedzenie dla wielu z nas (w tym także dla mnie) staje się nagrodą/nagrodą pocieszenia/polem walki. I po co?

No dobra, a jak sobie z tym poradzić? Znów – znajdź zastępnik. Negatywne emocje można zwalczać nie tylko tabliczką czekolady. Medytacja, wysiłek fizyczny, książka, dobra rozrywka, modlitwa, zajęcie się swoim hobby. To pierwsze kroki do uzdrowienia relacji z jedzeniem.

5. To, co robisz, rób dla siebie

Jeśli naszą motywacją są inni ludzie (mąż, dzieci, przyjaciółka), początkowo myślimy że to świetne rozwiązanie, bo przecież ustawiając motywację na zewnątrz, mamy kogoś, kto będzie nas „pilnował” i przed kim odpowiadamy. Nic bardziej mylnego. Bo przecież wystarczy, że ta nasza ważna osoba nagle zrezygnuje, potknie się, albo pociągnie nas za sobą za mocno i zrezygnuje ze zmian. I co, mamy pobiec za nią? A jakie jest wyjście, skoro jedynym powodem i motorem zmian był inny człowiek?

To, co robisz, rób dla siebie. To twoje życie, twoje zdrowie, twoje ciało. Oczywiście, ciężko jest żyć po swojemu, gdy otoczenie żyje inaczej; zwłaszcza, gdy ma się wspólny dom, kuchnię, lodówkę, je się razem posiłki. Ale da się. Jest to trudne, ale pokonanie tej przeszkody nie jest niemożliwe i czyni nasze postanowienie jeszcze silniejszym

..

Wpadłam w dołek jedzeniowy. Niepotrzebne to było, głupie, złe. Plan, który wam przedstawiłam, napisałam także dla siebie. Pora wyjść z dołka. Pora się ogarnąć.

A dla ciebie mam specjalną ofertę: mogę zostać twoim osobistym motywatorem. Podsuwać ci pomysły na zmianę na lepsze. Regularnie dawać ci kopa do działania. Rozbawiać z rana i pomagać z podsumowaniem na koniec miesiąca.

Jak możesz to wszystko dostać?

Zapisz się już dziś na Pozytywny Newsletter – Żyję eko z Liseko! Znajdziesz w nim podpowiedzi, jak zmieniać życie na naturalne w małych krokach, jak się motywować, jak otaczać się pozytywnymi myślami.

Nie spamuję i nie przynudzam, to drugie już od dawna wiesz 🙂

Zatem daj się zmotywować i już teraz zostaw mi namiar na siebie!

Kliknij w obrazek, aby się zapisać!
Kliknij w obrazek, aby się zapisać!

 

 

Organiczne sraty pierdaty

bawełna organiczna dziecko

bawełna organiczna dziecko

Spodziewasz się dziecka. Wielki brzuch, pełen wód płodowych, pełen dziecka i jego pępowiny, i jego łożyska co mu transportuje wszystko odżywcze, uniemożliwia ci już pracę, uciska na mózg, na hormony i na wszystko. Może masz już hemoroidy, może nagle mleko leje ci się po bluzce. Miewasz poranne zgagi i nie bardzo sobie radzisz z podstawowymi czynnościami jak usiądnięcie na kibelku albo zawiązanie sznurówek.

Pamiętam. Byłam tam.

Ciężarna na mecie (jak to ładnie ją opisała Grzesiak) leży z brzuchem do góry (wypinając do sufitu dziecko, które wypina swoje pośladki, które boleśnie uciskają pępek od środka) i… stuka w telefon. Znajduje z tej okazji przeróżne must have macierzyństwa, np. noszenie w chuście, rozszerzanie diety, kołyska elektroniczna z pięcioma poziomami bujania, szumiś z funkcją wykrywania płaczu, naturalna higiena niemowląt (o której pisałam w artykule Sikaj razem z dzieckiem), pieluchy wielorazowe (o których pisałam w tekście Kupa na dzień matki)… A nade wszystko – ubranka, pieluszki, kocyki – z bawełny organicznej!

Organicznej, czyli jakiej? I czy to faktycznie takie niezbędne dla dziecka?

Przyznaję – przed ciążą uważałam, że absolutnie nie. Że te organiczne sraty pierdaty to dla wysublimowanych matek, które mają za dużo pieniędzy i nie wiedzą na co je wydać. Że dzieciaka ubrać można w cokolwiek, byle ładnie wyglądało. Oj, jakże się myliłam.

Zapewne, ze względu na mózg ciążowy, nie bardzo chce ci się przechodzić przez dłuugie wywody na temat zalet bawełny organicznej, dlatego wypunktuję ci najważniejsze powody, dla których chcesz kupić dziecku wyprawkę z organicznej bawełny i kilka innych powodów, dla których nie warto kupować ubranek z bawełny przemysłowej.

1. Cena

Nie, to nie żart. Macie prawo czuć się zdumieni, bo przecież panuje obiegowa opinia, że ubranka z bawełny organicznej są w kosmos drogie. Oczywiście, organic cotton + design + otoczenie produktu w piękną sesję zdjęciową i lans na Instagramie robią swoje, więc zawsze znajdzie się body organiczne dla noworodka za 253 złote 34 grosze. No ale proszę państwa! Podstawowa sprawa jest taka, że ubrania z bawełny nieekologicznej nie są warte swojej ceny. 

Aby sobie to uzmysłowić, trzeba sięgnąć po jedną z taktyk marketingu – sprzedaje się nie za pomocą produktu, ale otoczki. Jeśli dobrze coś otoczymy, sprzedamy to za duże pieniądze. Przyznaj się, ile razy coś kupiłaś bo dobrze wyglądało na zdjęciach w Internecie? Albo widziałaś to u jakiejś Instagramki w salonie? Coca-Cola smakuje nam najlepiej w Boże Narodzenie, bo taką ma świąteczną otoczkę.

Podobnie jest z ubraniami z bawełny konwencjonalnej – kupujemy, bo jest ładny wystrój sklepu, pięknie pachnie, ma nawet fajny krój. Kupujemy nierzadko tandetę ubraną w złote piórka. Chińszczyznę, wyprodukowaną tanią siłą roboczą (o czym pisałam w artykule Nie tylko my jesteśmy biedni), która rozpada się po jednym sezonie noszenia. Jeśli dodamy do tego szkodliwość bawełny zwykłej i proces jej produkcji, to łatwo dojść do wniosku, że zupełnie się to nie kalkuluje. Trzeba tylko myśleć.

Tymczasem ubranka z bawełny ekologicznej nie muszą być drogie! Przecież młode mamy są mistrzyniami kombinowania, przecen, okazji. Dlaczego zatem zniechęca je cena w pierwszym sklepie, który nam pokazuje Google? Wyprawkę można zacząć kompletować już w ciąży, polować na przeceny, szukać tańszych producentów. Body niemowlęce z bawełny organicznej można kupić w podobnej cenie co body dziecięce w Pepco. 

2. Toksyczność upraw i produkcji

Przy uprawach bawełny konwencjonalnej stosuje się pestycydy i środki owadobójcze. To wszystko kumuluje bawełna. Trzeba zatem ją porządnie wyczyścić (oczywiście środkami chemicznymi), zabiezpieczyć na transport, zafarbować. Nie będę się nad tym rozwodzić. O trującym działaniu konwencjonalnej odzieży alarmował już pięć lat temu Greenpeace w akcji „Detox my fashion„:

Wyniki pierwszych badań ujawniono w 2011 roku. (…) Raport ujawniony przez Greenpeace informował, że w 2/3 ze 141 próbek wykryto etoksylowane nonylofenole (NPE) – szkodliwe związki chemiczne, oddziałujące negatywnie na układ hormonalny człowieka. Długofalowa ekspozycja na te substancje może prowadzić do zaburzeń endokrynologicznych, a nawet wywoływać zmiany w rozwoju płciowym. W odzieży wykryto też rakotwórcze barwniki. Naturalne tkaniny nie są wiele warte, skoro dodawane są do nich szkodliwe barwniki, środki ułatwiające prasowanie i rozprostowywanie odzieży, a także pestycydy konserwujące odzież na czas, kiedy leży ona w wilgotnych i nieogrzewanych magazynach. (…) Rok temu badaniom poddano ubranka dla dzieci. Wyniki potwierdziły problem zdiagnozowany wcześniej w testach odzieży dla dorosłych. W dziecięcych ubraniach znaleziono m.in. NPE, uczulający i rakotwórczy formaldehyd i środki konserwujące, np. grzybobójczy umaran diametylu, który zapobiega rozwojowi pleśni w trakcie długiego transportu. Wszelkie toksyny na młody organizm działają mocniej i mogą prowadzić do osłabienia rozwoju dziecka.

(womanmagazine.pl)

Dodatkowo, wspierając produkcję bawełny przemysłowej, przykładamy rękę do pracy z środkami chemicznymi na etapie zbioru, przygotowania tkaniny i szycia.

Tymczasem bawełna organiczna musi spełniać wyśrubowane normy:

Bawełna organiczna pochodzi z kontrolowanych plantacji, na których nie są stosowane pestycydy. Plantacje organiczne stawiają na metody przyjazne środowisku. Aby plantacja stała się organiczna, musi przejść trzyletnią „kwarantannę” – co najmniej przez tyle lat gleba nie może przyjmować substancji chemicznych, aby na niej mogła rosnąć bawełna organiczna. Po tym czasie rozpoczyna się plantacja przyjazna naturze i może ubiegać się o odpowiedni certyfikat. W hodowli bawełny wykorzystuje się substancje podlegające biodegradacji, jak kwas cytrynowy, czosnek, lucerna, obornik oraz pożyteczne owady. Bawełna jest zbierana rotacyjnie, zgodnie z jej naturalnym cyklem rozwoju. Uprawa organiczna zabiera więcej czasu, jest wspierana nowymi badaniami nad zachowaniem jej „naturalnej czystości” i w efekcie jest bardziej kosztowna. Bawełna organiczna jest zbierana ręcznie. Jest niedopuszczalne, aby bawełna organiczna była farbowana konwencjonalnymi barwnikami, które s ą szkodliwe dla skóry, gdyż w efekcie cały proces hodowli bawełny w jej naturalnych warunkach będzie zaprzepaszczony. Bawełna organiczna jest farbowana naturalnymi barwnikami, dzięki czemu jej włókna są silniejsze, a ich struktura jest wygładzona. Nasza skóra odczuwa je jako miękkie i delikatne.

(kolorysci.org.pl, Stanisław Pruś, Bogumił Gajdzicki, Stowarzyszenie Polskich Chemików Kolorystów,„Zrównoważone” działania w uprawie i chemicznej obróbce bawełny)

3. Sprawiedliwy handel

Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany. Czy wiesz, jakie warunki panują na plantacjach bawełny?

Sprawiedliwy handel to coś, co powinniśmy wspierać każdym zakupem. Gdyby każda rzecz, którą kupujemy, miała na etykiecie opisaną dokładną drogę, którą pokonała aby trafić w nasze ręce, zupełnie inaczej byśmy podchodzili do zakupów, także odzieżowych.

Bawełna organiczna to nie tylko brak toksyn, ale uprawy pod kontrolą i nadzorem, których pracownicy nie mają kontaktu z pestycydami, ich prawa są szanowane a praca godziwie wynagradzana.

4. Różnica w jakości

Przyszły do nas w tym tygodniu bodziaki z Nanaf Organic –  mają bardzo wysoką jakość wykonania, są starannie uszyte. Poza tym, a może przede wszystkim, bawełna organiczna to zupełnie inna jakość tkaniny – jest miękka, śliska w dotyku, inaczej przepuszcza powietrze. Jej naturalne kolory to piękne pastele, nie trzeba jej farbować by ładnie wyglądała.

Bawełna organiczna wolniej się zużywa, nie wyciąga się tak mocno jak tradycyjna.

Jak i gdzie kupować?

Jeden ze sklepów podlinkowałam wam powyżej. Wszystko zależy, czy chcecie modnego designu, ciekawych, ekologicznych nadruków na tkaninie, w jakim wieku macie dziecko. Znam i polecam Coodo, i… i nic więcej wam nie polecę, bo do tej pory nigdzie indziej nie kupowałam. Gdzie polecacie? Jacy są wasi ulubieni producenci? A może szyjecie sami?

Organiczne ciuszki dla dzieci poznacie po tych oznaczeniach:


bawełna organiczna dzieci

bawełna organiczna dzieci

bawełna organiczna dzieci

bawełna organiczna dzieci


Uwaga! Pierwsze z nich oznacza, że bawełny organicznej jest w tkaninie con. 5%, a więc nie jest to w pełni organic cotton.

 

 

Ten wpis powstał w ramach Stycznia – miesiąca sprawiedliwego handlu, który współtworzymy na grupie Żyjemy Eko. Jeśli chcesz do niej dołączyć, śmiało klikaj w baner poniżej:

żyjemy eko
kliknij w baner, aby dołączyć do grupy

Jak zmyć z dziecka rozpaćkane jajo

mydełko kastylijskie

mydełko kastylijskie

To było tak – przy okazji wertowania Internetu w poszukiwaniu kolejnych wspaniałych i mniej wspaniałych metod walki z łuszczycą, wpadłam na Anuśkowe Cudeńka. Ania, obecnie pełnoetatowa mama, robi w domu cudne mydełka i mazidełka dla problematycznych skórek.

##mydełko #naturalnemydlo #natural #platkiowsiane #chaber #handmade #health #care #naturalne #soap

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anna Wo (@annawtc)

Pogadałyśmy i fruu – poleciała do nas paczka z próbkami 🙂 Testujemy baaardzo powoli, tak, aby być pewnym, że to akurat dany specyfik ma taki a nie inny wpływ na skórę. Na pierwszy rzut poszło mydełko kastylijskie.

No bo Lisek odkąd ma rozszerzoną dietę (metodą BLW, a jakże), a do tego raczkuje, wymaga codziennego szorowania od stóp do głów. Skończyły się błogie czasy, w których jak jeden dzień się nie wykąpało niemowlęcia to co najwyżej zalatywało lekko mlekiem mamy. Teraz nieumycie Liska oznaczałoby pójście spać z małym brudaskiem, który we włosach ma resztki jajka, za uszami jaglankę ze śniadania a między palcami paproszki z podłogi, no bo przecież odkrywa świat a do tego kocha jeść (myślę, że to będzie jej największe hobby, przynajmniej do czasu aż nauczy się czytać). Co zrobić z takim brudasem? Ano, umyć. Niestety jajko okazuje się na tyle uparte (w to miejsce możesz też wstawić jaglankę, wątróbkę, kiszoną kapustę, buraczki i inne specjały), że najzwyczajniej w świecie NIE CHCE ZEJŚĆ. Wodą. Olejem kokosowym jakby lepiej, ale to dalej nie to…

Przyszedł zatem czas aby do akcji wkroczyło mydło. Nie byle jakie, bo kastylijskie, od Anuśkowych Cudeniek właśnie.

Czym jest mydełko kastylijskie?

W większości składa się ono z oliwy z oliwek i w tym tkwi jego główny sekret. Nie pieni się, bo nie dodaje się do niego zbędnych substancji spieniających. Jak czytamy na blogu herbiness (który, zdaje się, powtarza za angielską Wikipedią):

Mydło kastylijskie przez stulecia powstawało z oliwy (czasem z łoju), ługu wykonanego z solanki i popiołu, gotowane na ogniu, na koniec oddzielane od nadmiaru ługu. Nikt wtedy nie zwracał uwagi na liczbę zmydlania, a pojęcie „metoda na zimno” nie istniało. Mydło kastylijskie obecnie oznacza mydło z przewagą oliwy (oleju z oliwek).

To idealny wybór dla skóry problemowej czyli delikatnej, suchej, z atopowym zapaleniem skóry, łuszczycą, egzemą. Także dla skóry niemowlęcia (noworodka spokojnie można kąpać w samej wodzie, chyba że wybitnie czymś nam się przybrudzi).

Jak mydełko kastylijskie sprawdza się w kąpieli dziecka?

No co was będę oszukiwać – świetnie! Kostka 2x2cm wystarczyła nam na miesiąc kąpieli, także jest ono bardzo wydajne. Jak kąpiemy? Biorę mydełko w dłoń i czyszczę nim bezpośrednio skórę – w ten sposób zużywa się je najekonomiczniej. Bardzo ładnie domywa ślady po jedzeniu, codzienny brudek będący skutkiem intensywnego poznawania świata. Domył barwnik z buraczków na rączkach, żółtko jajka z włosów, zaschnięty sok z pomarańczy na policzku. Nie zostawia osadu na wanience ani na dziecku. Jest naturalne, nie szczypie w oczy.

Na co zwrócić uwagę przy zakupie?

mydełko kastylijskie
Nasze mydełko od Anuśkowych Cudeniek
  1. Na kształt. Choć ważka jest piękna, ciężko się nią myje niemowlę. Dużo bardziej polecam mydełko w formie płaskiego krążka. Kostka też jest nieporęczna – zanim zmydli się ranty, mija trochę czasu.
  2. Na skład. Im krótszy, tym lepszy. Zwracam uwagę szczególnie na mydełka z płatkami owsianymi i innymi substancjami, które wydają się atrakcyjne – płatki owsiane bywają skażone glutenem, a ten dla osób z nietolerancją jest bardzo szkodliwy. Wiadomo, że mydła nie jemy, ale wiadomo też, że niemowlęta biorą do buzi wiele nieoczywistych rzeczy, a własne rączki szczególnie. Najprostszy skład mydełka kastylijskiego to oliwa z oliwek, NaOH i woda destylowana.
  3. Na pochodzenie. Tworzenie mydełek wymaga specjalnych warunków i składników. Wiadomo, że robione w zaciszu domowym mają swój urok i nie zastąpi go nawet najlepsze laboratorium, jednak dla osób z alergiami najlepsze będzie mydełko z olejów posiadających BIO certyfikaty.

Anuśkowe Cudeńka mają teraz przerwę na macierzyński, ale myślę, że jak ładnie poprosicie, to jakieś ładne mydełko się dla was znajdzie 🙂 Ja z czystym sercem – polecam!

Jak Mama Liska spaliła buraka

właściwości buraka

właściwości buraka

Popełniłam niedawno wpis o nieszczelności jelit (patrz: Policz swoje dziury), bo dla mnie odkrycie jak wielką rolę odgrywają ludzkie jelita, było przełomowe w moim myśleniu o zdrowiu i jedzeniu. Ostatnio udało mi się nawet wyczytać, że jelita są jak nasz drugi mózg, a ich sprawność ma ogromne znaczenie dla pracy umysłu i psychiki.

Spaliłam jednak buraka w tym nieszczęsnym i szczęsnym wpisie o dziurach. Dlaczego? Podałam wam przepis na test buraczany (w skrócie: wypij sok z burola, jak masz dziury to wysikasz się na czerwono). Niby ma to sens, niby Słonecki szarlatan jeden wyjaśnił czemu tak się dzieje (swoją drogą mikstury Słoneckiego już nie pijem, bo to bioenergo a my takich nie uznajemy). Nauka jest dla mnie prosta na przyszłość: nie wierzyć za łatwo, nawet jeśli ktoś jest na całą Polskę czytany i cytowany, i wydał kilka tomisk książek o zdrowiu. Nie wierzyć i już.

To jak to jest z tym kolorem buraka?

Burak zawiera wspaniałą substancję, o której za chwilę rozpiszę się mocniej. Zwie się ona betanina. Betanina sprawia, że burak ma czerwony, piękny kolor. Dlaczego jednak pojawia się on w moczu tylko u niektórych, by zniknąć po zmianie diety na zdrowszą? Sekret nie tkwi w nieszczelności jelit, ale w ogólnej sprawności trawienia. Organizm dobrze odżywiony lepiej radzi sobie ze strawieniem betaniny, stąd mocz po zjedzeniu buraka u osoby np. na diecie paleo pozostaje bezbarwny. Natomiast jeśli organizm funkcjonuje na śmieciowym jedzeniu, siusiu będzie czerwone. I cała filozofia, a test buraczany, niestety, można o kant d… potłuc.

Czy warto jeść buraki?

No pewnie, że warto. Szklanka soku z buraka dziennie to doskonały lek na anemię. Mało tego! Wspomniana wcześniej betanina jest przeciwutleniaczem, który wykazuje działanie antynowotworowe. Pewnie, samym burakiem raka nie wyleczysz (choć niektórzy zapewne próbowali), ale profilaktyka nowotworowa powinna zaczynać się właśnie od zmiany diety.

Co jeszcze może zdziałać nasz czerwony przyjaciel? Wspomaga pracę jelit i usuwanie z organizmu toksyn, co jest bardzo ważne przy chorobach autoimmunologicznych (pisałam o tym we wpisie #RESET!). Dla osób o zaburzonej w organizmie równowadze kwasowo-zasadowej (o tym dopiero będę pisać) burak jest pomocny od strony alkalizacji – ma silne działanie zasadotwórcze. Jedzony na surowo powoli uwalnia energię, ma też niski indeks glikemiczny.

Pod jaką postacią?

Kiszone, surowe, pieczone… No jakie chcesz! Każdy z nich będzie miał trochę inne właściwości, np. IG, ale prawda jest taka, że wszechstronność buraka nie zna granic. Ja mam na oku buraczane brownie, smoothie z buraczkiem i buraki kiszone. Btw, robiliście kiedyś zawas z buraków na barszcz? No kurczę, jest tyle możliwości! Jak myślę, że jeszcze niedawno jedyny burak jakiego tolerowałam to ten rozgotowany w zupie, to robi mi się słabo…

Będę te przepisy testować i dzielić się na Instagramie. Powiem wam, że zdrowie życie wciąga. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się dziwne, ekoświrnięte i nie do zrealizowania w życiu, nagle staje się potrzebne i pożądane.

Wystarczy bowiem zauważyć pozytywne rezultaty. Czego na Nowy Rok sobie i Państwu życzę.

hi hi hi

Sikaj razem z dzieckiem! – nieoczywisty sposób na bliskość

naturalna higiena niemowląt praktyka

naturalna higiena niemowląt praktyka

 

Jak wybrnąć z sytuacji, w której nie można znaleźć odpowiedniego zdjęcia ilustrującego wpis o sikaniu? Nie wiem jak wy, ale Mama Liska zawsze coś wymyśli, zatem znalazła zdjęcie białej herbaty, która, ze względu na swój żółtawy odcień, jednoznacznie kojarzy się z moczem. Pomijając fakt, że mocz dobrze nawodnionej osoby powinien być raczej bezbarwny (o czym, ponieważ nie uznaję słowa „tabu”, wkrótce napiszę), teraz wam herbatka biała jednoznacznie kojarzy się z moczem, a ja temat grafiki mam z głowy. Kolejny świetny patent.

Oczywiście jeśli już trochę czytasz Liseko.pl to wiesz, że wstęp sobie spokojnie mogłeś pominąć i zająć się konkretami, co czynię w tym już akapicie. Nasz liskowy blog odnalazła bowiem inicjatywa BLISKOPAD. Koniecznie zerknijcie w ich profil na Facebooku:

Akcja już jest na ostatniej prostej, bo nasz wpis przypadł akurat na końcówkę listopada, jednak na ich fp znajdziecie wpisy innych blogerów, po jednym na każdy dzień miesiąca, traktujące o sposobach różnych rodziców na to, aby być bliżej dziecka. No bo jak można? Ano nosić w chuście, karmić piersią, nie dać się wypłakiwać, spełniać potrzeby, stosować rozszerzanie diety metodą BLW… Dużo jest tego i wiele z tych rzeczy ja i Mąż wprowadzamy sobie w naszym życiu wesołym, wychowując Liska. Ale czy ktoś jeszcze ma ochotę o tym czytać?… To nudne, oklepane tematy, dosyć zużyte i cóż – znane, może nie w każdym domu spotykane, ale znane.

Niee, Mama Liska postanowiła was zaskoczyć tematem, który rzadko się przewija wśród rodziców, nawet tych, co stosują rodzicielstwo bliskości. Mówi wam coś pojęcie Naturalna Higiena Niemowląt? Jeśli nie, a nawet jeśli tak, posłuchajcie…

Naturalna Higiena Niemowląt – co to jest?

Każdy, kto używa pieluch wielorazowych (a my takich używamy, o czym przeczytać możesz np. we wpisie Kupa na Dzień Matki) zaczyna w pewnym momencie (zazwyczaj już na początku) zauważać, że zupełnie inaczej to działa niż pampersy. No dobra, ma szansę działać podobnie jeśli dziecku wisi dynda i powiewa czy ma sucho, czy mokro, ewentualnie jeśli rodzic już na początku zastosuje zestaw, który będzie sprawiał skutecznie, że dziecko nie poczuje że ma mokro, wytrzyma te 2-3 godziny i podda się zmienianiu. Są tacy rodzice, co praktykują to ze skutecznością. Ale jak to praktykować przy noworodku, który co chwilę kupka?

My pieluchowaliśmy systemem tetra+otulacz (szczegóły we wpisie, który już podlinkowałam) i, jak się okazało, Liskowi wcale nie było wszystko jedno czy ma sucho, czy mokro. Mało tego – Lisek zaczęła ewidentnie czekać, aż zdejmie się jej pieluchę, aby zrobić siusiu, czy nawet kupę. Siusiała przy przebieraniu, przed kąpielą, po kąpieli, kiedy tylko zdjęło się jej tetrę z pupy. Dodatkowo zaczęłam zauważać pewną regularność w robieniu kupki rano, od razu po przebudzeniu się lub paręnaście minut potem.

Naturalnej Higienie Niemowląt słyszałam już wcześniej, bo jestem jedną z tych dziwnych kobiet, które nie mówią sobie „instynkt mi powie co mam robić” i zbierają wiedzę o dziecku i rodzicielstwie już w ciąży (podejrzewam że to uratowało moje karmienie piersią i uchroniło od ogromnego baby blues, bo ze spadku formy psychicznej w pierwszych dniach szybko się z pomocą Męża wydostałam). Trafiłam do grupy Pieluchy wielorazowe oraz NHN, poczytałam, ale nie wierzyłam. No bo jak to? Noworodek ma dawać mi znać, kiedy odczuwa potrzebę zrobienia siku i kupy?

Oddajmy głos polskiej „rzeczniczce” NHN, Kindze Cherek:

Inna nazwa tego sposobu opieki nad dzieckiem to „wychowanie bezpieluchowe”. Jest to sposób opieki nad niemowlęciem i małym dzieckiem polegający na traktowaniu z szacunkiem wszystkich potrzeb życiowych niemowlęcia. Głód, ból, zimno, czy potrzeba bliskości opiekuna to nie jedyne odczucia komunikowane przez maluszka. Od pierwszego dnia życia dziecko sygnalizuje również potrzebę wypróżnienia i oddania moczu.

Rodzice stosujący Naturalną Higienę Niemowląt nawiązują z dzieckiem bliskie porozumienie, obserwują zarówno świadomy jak i nieświadomy język jego ciała i w pewnych odstępach czasu łagodnie proponują maluchowi skorzystanie z malutkiego nocniczka. Wychowanie bezpieluchowe można z powodzeniem stosować już od pierwszego dnia życia maluszka.

No więc radosna, choć na obolałych nogach (jak to kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży) lecę do mojej mamy oznajmić, że będę obserwować moje rozwijające się jeszcze w macicy dziecko i będę od pierwszych dni życia sadzać na nocnik. A moja mama, jak łatwo się domyśleć:

Ha ha ha, akurat będziesz mieć czas

Gadanie gadaniem, a życie życiem. Kiedy zobaczyłam, jak Lisek ochoczo sika po zdjęciu pieluchy i że łatwo mi wychwycić moment, w którym robi swoje „e-e”, zaczęłam poczytywać książkę Kingi Cherek „Pożegnanie z pieluszkami„. Wnioski z lektury tylko potwierdzały moje obserwacje i utwierdziły w tym, że wysadzając moje dziecko nad nocnik/umywalkę, robię dobrze.

Zalety stosowania Naturalnej Higieny Niemowląt

Zawuważyłam, że:

  • dziecko chętniej sygnalizuje że chce się załatwić (zaraz opiszę co to znaczy „sygnalizuje”)
  • dziecko stało się spokojniejsze, bo nie towarzyszy mu frustracja związana z pełnym pęcherzem
  • zmniejszyły się kolki niemowlęce, bo dziecko w pozycji „kolanka do góry”, bez pieluchy, bez rozpraszaczy, jest w stanie szybciej zrobić kupkę i nauczyć się prawidłowo rozluźniać w celu jej zrobienia 🙂
  • zmniejszyło mi się zużycie pieluch, bo przecież dziecko rzadziej załatwiało się w pieluszkę (w przypadku pieluch wielorazowych w znacznym stopniu odeszło spieranie kupek prysznicem z tetry)
  • mam poczucie, że jestem lepszą mamą, lepiej rozumiem swoje dziecko, jego potrzeby, zauważam skąd bierze się jego rozdrażnienie

Ciekawie swoje spostrzeżenia notuje blog powrótdojaskini:

NHN nie ma nic wspólnego z tradycyjnym treningiem nocnikowym, podczas którego pewnego dnia to rodzice podejmują decyzję: „od dziś sikasz Cię na nocnik”. Dziecka nie przetrzymuje się również w celu wypróżnienia się (kilka razy zostało mi to zasugerowane). Jeśli się błędnie zinterpretowało wysyłane sygnały, zakłada się pieluchę (lub nie) i life goes on – nie od razu Rzym zbudowano. W NHN nie chodzi również o jak najszybsze odpieluchowanie dziecka, przynajmniej mnie nie chodziło 🙂 To żaden wyścig ani chęć pochwalenia się znajomym, że moje dziecko JUŻ nie sika w pieluchy. Głównie, jak już wspomniałam, chodzi o czystość pupy dziecięcia 🙂 niewątpliwym jednak plusem było to, że z czasem Joszka zaczęła kojarzyć fakt, że siku nie robi się do pieluchy, a do wc i gdy miała niewiele ponad rok, prostym słowem „pupa” komunikowała chęć wypróżnienia się. Inna sprawa to taka, że wówczas nie potrafiła jeszcze wytrzymać i dłużej zaczekać  na pójście do łazienki – zdążyłam z jej wysadzeniem albo nie 🙂 Dla mnie jednak ważne było to, że komunikowała wyraźnie, to co się zaraz miało wydarzyć i to, że miała tego pełną już wówczas  świadomość.

Moje pierwsze przemyślenia dotyczące NHN zapisałam na grupie facebookowej, brzmiały one tak:

Naturalna Higiena Niemowląt – wady i zalety

(dla tych którzy nie śledzą nas regularnie: mała ma już 10 tygodni, 5,5 kg i jest na wielo od 5. dnia życia)

1. Dziecko spokojniejsze. Nie trzeba przeczekiwac nerwów przy piersi, płaczu i uporczywego machania rękoma przy karmieniu. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o siku lub kupę. I nagle okazało się, ze mamy najspokojniejsze dziecko w okolicy – wystarczyło zacząć zaspokajać wszystkie potrzeby małej bez pomijania potrzeby wyproznienia się poza pieluszka.

2. Nie mamy jeszcze wyniku posiewu kału ale ma to mniejsze znaczrnie bo dzięki NHN pupa nie ma odparzen-wysadzam na umywalkę i od razu myje więc pomimo zielonych okropnych kup pupka nie szczypie. Delicol podzialal ale ewidentnie coś jest na rzeczy bo gdy się skończył kupy momentalnie wróciły do pierwotnego stanu…

(O naturalnych sposobach na odparzenia poczytasz we wpisie Tyłek pawiana i co z nim zrobić)

3. Mała tak się wyrobila, ze teraz sygnalizuje prawie za każdym razem, nawet w nocy na spiocha wierci się póki nie zrobi siusiu. Czeka ewidentnie na zdjęcie pieluchy i to czeka coraz dłużej – nikt jej do tego nie zmuszał, nikt jej tego jakoś mocno nie narzuca. Sama wybiera odczekać az będzie mieć goły tyleczek.

4. Dziecko niestety nie rozumie, że czasem nie ma jak go wysadzić. I tak np wczoraj w kaplicy wiejskiej na mszy (na szczęście staliśmy na zewnatrz) dostała takiego siuskowego nerwu, ze mogłam albo ja wziąć na przeczekanie aż zrobi w pieluche i ściągnąć na siebie spojrzenia mówiące „co to za matka ze nie potrafi uspokoić dziecka, niechże mu chociaż da smoczek albo co”, lub mogłam pójść z nią za kaplicę, zdjąć welniak, dac się wysiusiac i ubrać w pieluche kładąc na gołym mchu. Zgadnijcie co zrobiłam 🙂 W tym samym czasie nasz dzialkowy sąsiad zaprowadził za kaplicę na siusiu swojego 5latka; )Na szczęście nie skomentował naszych ceregieli

5. Mała coraz rzadziej umie spokojnie nasiusuac do pieluszki. Niby to fajnie ale kiedy wysadze ja w ostatniej chwili to siusia płacząc z nerwów ze tak długo musiała czekać (oczywiście to ja tak sobie tłumaczę). a kiedy wysadze i okazuje się że jest za późno – totalna histeria. takie oczekiwanie na wysadzenie oczywiście nie trwa długo, Max. 45 sekund, ale zaraz przypominają mi się te argumenty o tym, ze taki „trening czystości” w tak młodym wieku jest dla dziecka szkodliwy. Niby wiem że to nie trening, w końcu moje dziecko samo wybrało NHN i jakos mnie do niego zmusiło, ale wątpliwości pozostają….. No i boję się chrzcin a wcześniej zakupów sukieniek na chrzciny (to bexzie nasza pierwsza wyprawa na zakupy) i wyjazdu wakacyjnego… Czyli tam gdzie nie ma jak sprawnie wysadzić. Może kolejny skok rozwojowy coś odmieni?

A to moje rady dotyczące wysadzania:

ja z cora siadamy przed dużym lustrem, sadzam ja na wkladce z nocnika ikea,bierzemy zabawki i tak siedzimy. ale to Nowa metoda, bo im więcej nowych rzeczy ja interesuje (ciamkanie zabawek, chodzący po domu pies, obracanie się, grający mis) tym rzadziej sygnalizuje.ma 4 m-ce. do tej pory robila się Bardzo marudna przy jakiejś czynności. np zanim uznałam że po prostu nudzi ja zabawka albo ze jest glodna to wysadzalam. wyżej w kom też o tym było. z czasem dziecko docenia możliwość siusiania bez moczenia się a ty nabierasz wprawy i większej intuicji 😉

W praktyce u nas wyglądało to tak:

naturalna higiena niemowląt w praktyce

 

Natomiast gdy Lisek była mniejsza, brałam ją na ręce, opierałam jej głowę i plecy o siebie, kolanka podwijałam do góry i… wisiałyśmy sobie nad umywalką ok. 3 minuty. Jak było siusiu to było, jak nie – to nie.

No dobrze, a jak rozpoznać że dziecko chce siusiu lub kupkę?

Naturalna Higiena Niemowląt w praktyce

Dziecko sygnalizuje na różne sposoby:

  • płacz, na pozór nieuzasadniona nerwowość (czyli: dziecko niby wszystko ma zapewnione, a nadal narzeka) – to zwłaszcza u noworodków
  • puszczanie piersi przy jedzeniu (po wykluczeniu np. zbyt szybkiego wypływu mleka)
  • trudność z zaśnięciem
  • charakterystyczne, nieobecne spojrzenie (to zazwyczaj w trakcie)
  • stękanie i sapanie
  • nagła „zawiecha”, gdy dziecko przestaje robić to, co robiło
  • napięty brzuszek, podkurczanie kolanek, zaciskanie rączek, czerwienienie buzi w napięciu
  • ciekawostka! sygnałem może też być charakterystyczne uczucie ciepła na nogach, gdy dziecko mamy na kolanach; to tak, jakby dziecko zrobiło siusiu na nas, a wcale nie zrobiło – wtedy trzeba wysadzić na nocnik! brzmi jak sztuczki magiczne i gusła, ale przetestowałyśmy z Liskiem i to się sprawdza
  • a najskuteczniejszym wyznacznikiem jest, uwaga!, intuicja rodzica, która z czasem bardzo się wyrabia. Jeśli czujesz, że dziecko chce siusiu lub kupkę, po prostu je wysadź i nie zniechęcaj się, jeśli tym razem nie trafisz (albo jeśli dziecko nie trafi i obsiusia ci spodnie).

Oprócz tego, dziecko prawdopodobnie będzie chciało siusiu w takich sytuacjach, w których większy człowiek też chce: po przebudzeniu, po spacerze, po zabawie, a także gdy już dłuższy czas nie robił (to u większych dzieci).

Jak to zorganizować?

  1. Wybrać pieluszki, z których szybko można rozebrać dziecko i ubranko, które nie jest skomplikowane i szybko można je rozpiąć (np. body i getry).
  2. Kiedy czujemy i przypuszczamy, że dziecko chce siusiu, zdejmujemy pieluszkę i albo wysadzamy nad umywalką (patrząc w lusterko obserwujemy, czy i co leci), albo bierzemy miseczkę/nakładkę na nocnik jak np. z Ikea, montujemy między naszymi kolanami i, lekkie dziecko – nasadzamy nad nocnikiem, cięższe – sadzamy na nocniku trzymając pod kolankami.
  3. Podczas wysadzania wydajemy z siebie dźwięki, które chcemy, aby dziecko kojarzyło z potrzebą fizjologiczną (u nas „psi-psi” i „e-e”) – budujesz w ten sposób podstawy komunikacji z dzieckiem, które potem zaplusują, gdy dziecko będzie umiało powiedzieć ci, że ma potrzebę, a teraz mają kojarzyć się dziecku następująco: si-si+nocnik=siusiu, e-e+nocnik=kupa.
  4. Myjemy pupkę i czynność powtarzamy przy kolejnych sygnałach. Nie nagradzamy, bo w NHN nie chodzi o „trening czystości”, ale o spełnianie naturalnych potrzeb fizjologicznych. „Nagrodą” jest uczucie, że potrzeba minęła i w pieluszce jest nadal komfortowo i sucho, a rodzic odpowiedział na sygnały.

Są dzieci, które mniej sygnalizują lub początkowo prawie wcale. Można wtedy dziecko ułożyć na golaska w ciepłym pomieszczeniu na czymś, co nie przepuści wilgoci i obserwować. Jakie gesty wykonuje przed siusianiem? Czy jest niespokojne? Co robi?

Każde dziecko jest inne i nie ma jednej metody. Każdy miesiąc życia przynosi nowe doświadczenia i czasem będzie się wydawało, że dziecko „zapomniało”, o co chodzi w sygnalizowaniu potrzeb (zęby, nowe umiejętności, nowe doświadczenia). Tego jednak tak łatwo się nie zapomina i po Lisku widzę, że gdy taki trudniejszy okres mija, znów przyjaźnimy się z nocnikiem.

Jeszcze kilka podpunktów na pożegnanie:

  • NHN to nie jest trening czystości
  • NHN to nie są wyścigi ile uda się „wyłapać” do nocnika i ile pieluch zaoszczędzić
  • NHN ma budować bliskość z dzieckiem a nie być powodem nerwów
  • NHN NIE JEST DLA KAŻDEGO.

Na koniec chciałam podziękować akcji BLISKOPAD za możliwość bycia jej częścią i zachęcić was – szukajcie sposobów na bycie blisko z dzieciakami, nawet jeśli będą równie nietypowe, jak nasze.

Love <3

 

Szarlatańskie metody na ząbkowanie

bursztyny-na-zabkowanie

bursztyny-na-zabkowanie

Że maści, zele i gryzaki to ja rozumiem… Że noszenie w chuście. Że lulanie. Tulanie. Kulanie. Ale żeby dziecku kamienie dawać? Do gryzienia? Na ząbkowanie? Toż to szarlatan jakiś wymyślił, znachor jeden z drugim, co to ma niby dać, pfff.

Przyszła kryska, przyszedł ślinotok, przyszło ZĄBKOWANIE. Lisek nie chce spać, jeść, nic. Żele nie pomagają. Gryzaki też nie. Chusta parzy. Pierś parzy. Ogólnie jest źle, smutno i główka ciepła.

A mama mówiła: „zobaczysz, jak dziecko będzie ci płakać, to zrobisz wszystko, nawet najgłupszą rzecz, byle była szansa że przestanie”.

Zrobiłam bransoletkę z bursztynów co się ostały po mojej babci. Panie i panowie, JEST LEPIEJ.

I teraz pytanie – dlaczego?

#18monthsold #amberbaby

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ania Drygalska (@aniadrygalska)


Mały to szarlatanizm, bo nie o znachorstwo tu chodzi, gusła i czary a o kwas bursztynowy, który ma działanie przeciwzapalne i daje lepsze samopoczucie. Niby żadna filozofia, bo jest on w wielu warzywach i owocach. Ale w stanach zapalnych (bo przecież ząbkowanie to stan zapalny – ta gorączka, ból i osłabienie odporności!) codzienna dawka kwasu bursztynowego to za mało. Wtedy przychodzi na pomoc bursztyn – substancja organiczna, bo przecież nie kamień, o „magicznym” działaniu znanym od wieków. Na burszynie robi się nalewki, wszywa w poduszki, nosi przy chorobach, ładuje w kosmetyki. Bursztyn w kontakcie z ciałem wydziela dobre substancje, które łagodzą złe stany.

Dla dzieciorów powstał cały biznes bursztynowy – można na necie kupić bransoletki i wisiorki dla malutkich dzieci z bursztynu; polerowane, ze specjalnymi zapięciami, żeby mały berbeć się nie dziabnął w oko albo w dziąsło (czym spotęgowałby ból ząbkowania zamiast zmniejszyć). Ja jednak nie kupiłam. Dlaczego? Najlepiej swoje właściwości oddaje bursztyn nieszlifowany i niepolerowany, a taki mam w domu. No to zrobiłam bransoletkę. A żeby dziecko mi się nią nie udusiło, zawinęłam wokół stópki i zabezpieczyłam ciepłą skarpetą. Zdjęcia nie mam, bo Lisek śpi. ŚPI. Bo jest lepiej. Bo ma bursztyn.