Ekoalchemia – skąd czerpać wiedzę tajemną?

eko trendy 2017

 

Zabieram was dziś w podróż – w dawne dzieje, dawne krainy, do odległych wiosek, na uroczyska, do Empiku…. Wróć!?

Jak to do Empiku?

A tak to, że w ekologii, jak w każdej dziedzinie życia, istnieją trendy. A ja ostatnio zauważam, np po tytułach książek w sieciowych księgarniach, pewien mocny trend na kilka tematów.

Są to:

  • zielarstwo

  • naturalna fermentacja

  • kompostowanie

I tak jak zazwyczaj odruchowo idę pod prąd i nie sugeruję się tym, co akurat modne, tak te trzy dziedziny pociągają mnie, kuszą, fascynują i przeciągają. Siedzę więc sobie w mojej dziczy, i, mając przed sobą ścianę lasu, wertuję internet w poszukiwaniu wiedzy tajemnej.

Wyłuskałam w ten sposób kilka perełek, którymi chcę się dziś podzielić.

Panie i panowie, bracia i siostry w życiu pełnym natury, powolności i szacunku do przyrody, odpowiadam o to na pytanie:

Skąd czerpać wiedzę tajemną nie zamykając nawet okna przeglądarki?

Teoretycy i wiedźmy (czyli kobiety, które wiedzą, a czasem nawet mężczyźni)

Wiedzę o ziołach, taką najbardziej podstawową, budzącą inspirację do sięgnięcia głębiej, czerpię z Instagrama Roślinne Porady:

 

🌱roślinny kalendarz na maj🌱 🍃jadalne dzikie rośliny sezonowe🍃 pokrzywa, mniszek lekarski, czosnek niedźwiedzi, podagrycznik, szczawik zajęczy, mięta, trybula, niezapominajki, miodunka, stokrotka, jasnota, gwiazdnica, smardze, gorczyca, rzepak, bluszczyk kurdybanek, czosnaczek, bez lilak 🌱na stronie🌱 🌿sezonowe warzywa, owoce i dzikie rośliny jadalne 🌿jakie kwiaty, warzywa i zioła siejemy lub sadzimy w maju 🌿co kwitnie oraz jakie czynności wykonujemy w ogrodzie 🌿ludowa meteorologia i ważne święta czy dni 🌸19 maja Wrocław – premiera książki i wymiennik 🌸21 maja Gdańsk – premiera książki i wymiennik 🌸27 maja Warszawa – spacer z dzikimi roślinami 🌼kwitnięcie glistnika jaskółcze ziele (na zdjęciu) oznacza, że jaskółki wracają do kraju😉 więcej: roslinneporady.pl #glistnik #glistnikjaskółczeziele #chwasty #wildflowers #wild #foraging #mat #kalendarzogrodnika #kalendarz #calendar #flowers #fleures #rosliny #kwiaty #spring #wiosna #ogrodnictwo #dzialka #szklarnia #ogrodek #warzywnik ##tetterwort #greatercelandine #chelidonium #flowerpower #plantpower #plantwave

Post udostępniony przez 🌱 Sebastian Kulis🌱 (@roslinneporady)

Znajdziecie na nim, prócz ziół, ich magnetycznych zdjęć i nazw, także przydatne informacje o tym, na co akurat jest sezon, co warto jeść aby dostarczać sobie odpowiednich składników odżywczych, jak uprawiać we własnych warunkach (a więc nie tylko na działce, ale też na balkonie, na parapecie; gdzie tylko chcesz). Oczywiście Roślinne Porady to nie tylko konto na Instagramie, ale taka pigułka wiedzy z Ig raz czy dwa razy w tygodniu sprawdza się doskonale –  jest łatwo przyswajalna i nie trzeba niczym popijać. Stronę internetową Roślinnych Porad znajdziecie tutaj. Jej autor, Sebastian Kulis, wydał też książkę i prowadzi cykliczne warszaty.

A co, gdy opanujemy już teorię, i marzy nam się praktyka zielarska: nalewki, maceraty, magiczne napary? Sprzedaję wam moje odkrycie roku; kobietę, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia i już odkładam pieniądze na odbycie z nią warsztatów zielarskich:

Zioła w pełni.

 

Matko Ziemio, jaką Ona ma wiedzę! I jak czaruje słowem! Poczytajcie tylko gawędy o Leśnym Złocie, czyli maści świerkowej:

Zanim poproszę roślinę o coś dla siebie, o skorzystanie z jej leczniczej mocy najpierw staram się nawiązać z nią relację. Zbudować bliskość. Poznać ją jak serdecznego przyjaciela. Rozkochać się w niej niczym w przedziwnej księdze. Zachwycić się.
Tak właśnie było ze świerkiem. Zbieranie ingrediencji do sporządzenia maści świerkowej trwało parę dni. Spędzonych w lesie, w towarzystwie świerków. Był to czas budowania intymności. Uważności. Czas kontemplowania świerkowych ran otulonych grubym opatrunkiem żywicy. Odkrywania przeszłości drzewa. Jego dramatów zapisanych w rozdarciach naruszonej przez zwierzęta kory. I w konarach nadwyrężonych gwałtownością wiatru.

Podoba mi się takie niespieszne bycie z roślinami. Poznawanie ich do głębi, wyczuwanie ich energii, wdychanie ich zapachu.
Nie wyobrażam sobie sytuacji – iść, narwać, przynieść łupy…
Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a potem poproś o coś dla siebie. A to co weźmiesz traktuj niczym najcenniejszy dar.

Powiem wam jedno: jeśli bliska wam jest natura i szukacie powrotu do źródeł, tak jak ja pokochacie Małgorzatę i jej opowieści.

 

Wczesna wiosna to nie tylko czas zbioru ziołowych nowalijek: nabrzmiałych słońcem pączków drzew i najsmaczniejszych o tej porze młodziutkich liści pokrzywy, mniszka, krwawnika, czy podagrycznika. Dla mnie to przede wszystkim „Czas Korzenia”. Wiosną (i późną jesienią) korzenie roślin to prawdziwa skarbnica cennych substancji leczniczych. Czarny, śliski w dotyku, przypominający węża #korzeń żywokostu posłuży mi do zrobienia maści o działaniu silnie przeciwbólowym (mięśnie i stawy), przeciwzapalnym i regenerującym. Ale zanim powstanie to wciąż zadziwiające mnie swoją skutecznością mazidło, najpierw trzeba nastawić olejowy wyciąg i #gliceryd żywokostowy. Ruszam do pracy… #żywokost #symphytum #roots #zioławpełni #zielarka #zdrowie #zioła #herbs #zbiory #naturelovers #zielarstwo #herbalism #plantmedicine #medycynanaturalna #ból

Post udostępniony przez Biodynamiczna uprawa ziół (@ziolawpelni)

Dawne sztuki, zapomniane procesy, proste a cudowne…

Mead Ladieskopalnia wiedzy i inspiracji. To duet dziewczyn, które kiszą, nastawiają octy, pieką ciasta, robią dzikie sałatki, i… pasjonują się grzybami. Aż miło popatrzeć, aż chce się dołączyć i chłonąć wiedzę całym sobą, bo niewiele jest osób, które potrafią w tak nowoczesny sposób przekazywać wiadomości nadające się, teoretycznie, do muzeum.

 

 

A co, jeśli mało nam kiszenia i dzikiego jedzenia, i chcemy naturalnie zakwasić organizm? Z pomocą przychodzą Zdrowe Octy ze swoim fanpejdżem na Facebooku:

Autorka służy radą i informacjami. Relacjonując swoje domowe wytwórstwo octów (które powstają praktycznie ze wszystkiego!), stworzyła wspaniałą i zaangażowaną społeczność.

A’propos, jeśli szukacie grupy wsparcia w nastawianiu octów, w której będziecie mogli zadawać pytania i chwalić się pierwszymi i kolejnymi krokami w zgłębianiu octowej wiedzy tajemnej, koniecznie zajrzyjcie do tej grupy na Facebooku:

Octomania – grupa miłośników octów

Pokochaj dżdżownice – sztuka kompostowania

Kompost to nic innego jak cenna ziemia uzyskiwana z… odpadów organicznych. Zaczynając od tych działkowych:

Ostatnio wśród osób niemających działki ani kompostownika miejskiego zapanowała moda na… kompostowniki balkonowe i do mieszkania. O takim wynalazku pierwszy raz przeczytałam na blogu Ograniczam się.

 

Póki co planuję sezonowy kompostownik z prawdziwego zdarzenia (obecnie nasze odpadki „kompostują się” same, czyli są zrzucane na hałdę, gdzie pastwią się nad nimi mikroogranizmy i czynniki środowiskowe). Informacji o kompostowaniu odpadów szukam na grupach: Wielkie kompostowanieZ mniasta do wsi.

__

To już koniec zestawienia. Wiesz już, dzięki jakim źródłom powstają takie cuda:

 

 

 

A jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co jest modne w ekologii i na co warto, a na co nie warto zwracać uwagi, zapraszam Cię do naszej aktywnej grupy Żyjemy Eko:

żyjemy eko
Kliknij w baner lub tutaj, aby przejść do grupy

Idealna pielucha na lato

OTULACZ WEŁNIANY WEŁNIASTE
OTULACZ WEŁNIANY WEŁNIASTE
Nowy otulacz Welniaste Sunset

Pieluchowo nam się ostatnio zrobiło, nie da się ukryć. W ogóle przy przenosinach wiosennych na wieś zauważyłam, że chyba mamy za dużo pieluch. Dotarło to do mnie kiedy pakowałam wielostos i znajdowałam w domu coraz to inne pudła i pudełeczka z pieluszkami… I wtedy, gdy okazało się, że moje dziecko ma więcej pieluch niż ubrań. Ba. Ja mam mniej ubrań niż moje dziecko pieluch. I mój mąż też. W ogóle odniosłam wrażenie, że większość przewożonych przez nas na wieś pakunków to pieluszki.

Nasza wieś kojarzy mi się z początkami wielopieluchowania – to tutaj rozwieszałam z moją mamą wielkie płachty tetry na słońcu, tu odbierałam pierwsze uszyte przez zdolne mamy gatki wełniane (zdjęcie jednych z nich znajdziesz we wpisie Dlaczego nie piorę dziecku gaci). Tutaj też walczyliśmy z megaodparzeniem i doświadczenia tej walki zamieściłam we wpisie o naturalnych sposobach na odparzenia – Tyłek pawiana i co z nim zrobić.

otulacz wełniany wełniaste
Lisek w hamaku podczas upałów, lato 2016

Ostatnio często dostaję pytania o to, jak pieluchować wielorazowo latem. Wiadomo, że systemów jest co niemiara, że materiałów cały wachlarz, a w dodatku każda okazja jest dobra do pieluchowych zakupów. Zatem każda z mam koniecznie chce kupić dziecku pieluszki, bo przecież latem to upał, gorąc, słońce i plażing smażing, więc coś oddychającego na pupkę dziecku trzeba wcisnąć.

Co ciekawe, coraz więcej mam używających jednorazówki latem próbuje znaleźć alternatywę. Uważam, że to świetne i zawsze staram się podsuwać im wielo, wariant bardziej ekonomiczny a jednocześnie taki, który zachęci do pieluchowania wielorazowo już na stałe. O tym, czemu pieluszki jednorazowe nie są najlepszym wyjściem dla Twojego dziecka przeczytasz we wpisie Posmaruj pupę dziecka chlorem.

Zatem – do rzeczy! Szukamy idealnej pieluchy na lato i oto naszym oczom ukazuje się kilka alternatyw:

1. Daj pupie dziecka pooddychać


Tetra – to propozycja numero uno. Zwykła pieluszka tetrowa spięta klamerką, np. Snappi. Jeśli jesteście w ogrodzie lub na plaży to w zasadzie nic więcej wam do szczęścia nie trzeba – tetra złapie co konieczne a skoro na pupie nie ma już nic poza nią, nie ma też potrzeby nic zakładać na wierzch. Jeśli potrzebę czujesz, może być to coś z kolejnego podpunktu, czyli…

2. Otulacz wełniany

To najbardziej oddychająca opcja na lato. Wełna swoimi zdolnościami termoregulacyjnymi przewyższa każdy materiał, z którego może być uszyta pieluszka. Co to oznacza?

  • wełna grzeje gdy jest zimno
  • wełna chłodzi gdy jest upał
  • wełna nie tylko przepuszcza parę wodną (jak np. PUL, z którego zrobione są pieluszki wielorazowe), ale wełna oddycha, zapewniając idealną cyrkulację powietrza.

Pod otulacz wełniany (lub gatki wełniane ale jednak tego materiału przy otulaczu jest mniej bo nie ma nogawek) można założyć tetrę, prefold czyli tetrę zszytą już i niewymagającą składania; można włożyć wkład z tkaniny naturalnej lub…

3. Pieluszka bawełniana

Formowanka, czyli pieluszka z bawełny lub innego materiału naturalnego bez warstwy izolującej wilgoć lub z małym panelem izolującym to wspaniały wybór na lato. Oczywiście znów – na upał, kiedy dziecko ma na pupie tylko pieluszkę, bo pieluszka zamoczy się i będzie to po niej widać – zobaczymy na pupie mokrą plamę materiału. Na drzemki natomiast polecam taki oto „myk”:

 

No dobrze, a więc co na lato?

Najbardziej polecany przeze mnie zestaw to otulacz wełniany + coś chłonnego z naturalnego materiału. Czy to będzie wkład, czy tetra, czy prefold, czy formowanka, zależy od waszej fantazji i upodobań, ale przede wszystkim od tego, co już macie w stosach pieluszkowych. Jeśli nie chcecie skończyć jak ja, pakująca przez 4 godziny same pieluchy mojego dziecka przy przeprowadzce, nie kupujcie nadmiaru pieluch i najpierw zastanówcie się, co już macie, a potem dopiero róbcie zakupy 🙂

 

Jak dbać o ten otulacz wełniany?

Kilka faktów o wełnie:

  1. Wełnę z merynosa pierzemy tylko wtedy, gdy się bardzo zabrudzi, np. kupką. Wełna ma działanie antybakteryjne więc należy ją tylko wietrzyć (I znów odsyłam do wpisu na ten temat)
  2. Nie, wełna nam nie będzie śmierdzieć. Jeśli śmierdzi, to znaczy, że pora już ją wyprać a może i zalanolinować.
  3. Pranie wełny: tylko ręcznie i tylko w wodzie o temp. 30 stopni, w specjalnych środkach do prania wełny lub w szamponie do włosów (wszak wełna to przecież włos!); oczywiście są pralki z programami do prania wełny, ale nie zawsze są one łagodne dla otulaczy wełnianych. Niewłaściwie pielęgnowany otulacz może się skurczyć, czyli sfilcować.
  4. Lanolinowanie wełny to prosty zabieg, który ma na celu utrzymać jej właściwości, czyli antybakteryjność i nieprzepuszczanie wilgoci; lanolinujemy otulacz wtedy, gdy przecieka lub gdy brzydko pachnie pomimo prania.

Szybki przepis na lanolinowanie wełny:

Za blogiem pieluchomania.wordpress.com:

Domowa kuracja lanolinowa:

Przygotuj:

  • 0,5 litrowy słoik
  • 400 ml wrzątku
  • łyżeczkę płatków mydlanych lub szarego mydła (np. Biały Jeleń)
  • łyżeczkę 100% lanoliny
  • miskę wypełnioną 2 litrami ciepłej (nie gorącej) wody

Wrzątek wlewamy do słoika i rozpuszczamy w nim mydło. Następnie dodajemy lanolinę i mieszamy do całkowitego jej rozpuszczenia. Powinna powstać jednolita ciecz o mlecznym kolorze bez kawałków nierozpuszczonej lanoliny. Gotowy roztwór wlewamy do miski z ciepłą wodą, mieszamy. Kuracja jest gotowa, można zanurzyć w niej nasze wełniaki.

Polecamy lanolinować osobno otulacze w jasnych i ciemnych kolorach oraz kolorach mocno różniących się od siebie, aby uniknąć zafarbowania jednych przez drugie. Gatki wełniane do lanolinowania wywracamy na lewą stronę. Otulacze i gatki z wełny pochodzącej z recyklingu możemy moczyć całą noc, natomiast otulacze szyte z tkaniny wełnianej moczymy max 5-6 godzin. Ważne, aby nie przekraczać tego czasu, ponieważ dłuższe moczenie może powodować kurczenie się otulacza.

Można też kupić gotową kurację lanolinową, np. Urlich Naturlich. Wtedy postępujemy wg. instrukcji na opakowaniu.

 

***

A co, jeśli nie macie w stosie żadnej wełenki? Jest szansa ją zdobyć bardzo małym wysiłkiem 🙂

Konkurs LISEKO i WEŁNIASTE

Mam dla was wspaniały, nowy wzór otulacza Wełniaste o wdzięcznej nazwie Sunset. Jak go zdobyć?

No to już musicie zapoznać się z postem konkursowym na Facebooku:

otulacz wełniany wełniaste
Przejdź do fanpejdża liseko.pl

 

Dlaczego ciągle nie jesteś eko? 4 główne powody

dlaczego ciągle nie jesteś eko

dlaczego ciągle nie jesteś eko

„To ja od jutra jem tylko Eko żywność.” „Nie będę używać domestosa i cifu.” „Okna na Święta umyje tylko wodą z octem.” „Przestanę kupować tanią odzież z sieciowek i Chińskie bibeloty”. „Będę sortować śmieci, kompostownik będzie na balkonie i raz w tygodniu oddam makulaturę do skupu.” „Koniec z kupowaniem w plastikowych opakowaniach.”

Postanowienia. Zmiany. Dobre chęci. Jest power – kupujesz litr octu, kwasek i sodę. Idziesz na wielkie zakupy, omijasz szerokim łukiem standardowe półki w markecie i bierzesz wszystko co ma ektykiete bio i eco. Drukujesz tysiąc przepisów na kosmetyki homemade i znasz na pamięć wszystkie adresy Eko blogów.

Ale zanim się obejrzysz – wszystko wraca do normy. Bo akurat szybciej było w markecie, bo ekosklep za daleko, bo nie wyprałeś wielorazowych pieluch i trzeba coś na pupę dziecku założyć. Bo masz ochotę na jajecznicę a są tylko jajka „dwójki”. Bo wszyscy w końcu tak robią i jakoś żyją.

Myślisz, że to prawdziwe powody, dla których twoje zmiany nigdy nie zostają u ciebie na stałe? A może to tylko wymówki?

Dlaczego ciągle nie jesteś eko? – poznaj 4 główne powody!

1. Nie planujesz z wyprzedzeniem

Wiadomo – jak nie ma dobrego planu, to trzeba rzeźbić, kombinować. Sama nieraz się na to nadziałam. Bo dużo prościej jest przecież kiedy masz ciężki dzień kupić gotowy obiad w styropianowym pudełku. Ale czy powodem jest na pewno ciężki dzień? A może to, że nadal nie masz planu posiłków na cały tydzień, a twoja lodówka świeci pustkami?

Planowanie posiłków to nie tylko wygoda, ale też większe panowanie nad tym, co kupujesz, ile tego zużywasz i zmniejszenie ilości jedzenia, które się marnuje. Trudno przecież zapomnieć o jakiejś samotnej marchewce, jeśli była kupiona z konkretnym przeznaczeniem, prawda?

To samo tyczy się większych projektów, jak np. budowa domu. Odzyskiwanie szarej wody czy system pozyskiwania energii odnawialnej to sprawy, które trzeba mieć na uwadze już na etapie marzeń i wstępnych planów.

Wracając do spraw bardziej przyziemnych – sprzątanie. Oczywiście, że nie będzie ci się chciało sprzątać łazienki, jeśli musisz zacząć porządki od wyprodukowania pasty z sody oczyszczonej, a zamiast pachnącego cytryną własnej roboty środka do dezynfekcji WC masz butlę śmierdzącego octu. Dołóżmy jeszcze do tego fakt, że masz na posprzątanie 15 minut. Kto by nie wolał polać domestosem i spuścić wody?

Planowanie to podstawa. Nie ma zmiłuj. Ograniczenie odpadów musi zacząć się od planowania zakupów i pomyślenia wcześniej o tym, co będzie potrzebne. Ograniczenie szkodliwej chemii musi być poprzedzone przygotowaniem naturalnych środków zawczasu. Ograniczenie spalin samochodowych musi być poprzedzone racjonalnym zaplanowaniem trasy.
R



2. Nie zrobiłeś miejsca na nowe

Chciałbyś mieć szafę kapsułową, ale ogrom twoich ubrań wychodzi z szafy niczym zionący smok i zachęca co najwyżej do szybkiego jej zamknięcia. Materiałowa torba na zakupy – fajna sprawa, ale przecież nawet nie ma gdzie jej powiesić w twoim przedpokoju. Kosze do segregacji śmieci już dawno się pomieszały, jeden to w ogóle się zepsuł, makulatura wywala się spod stołu w dziecięcym pokoju, ciągle kupujesz nowe gąbki do zmywania, nowe kosmetyki…

Gdzie masz pomieścić to całe eko?

Tak długo jak nie oczyścisz przestrzeni, nie będziesz mógł żyć ekologicznie. Zwyczajnie zabraknie ci pustej przestrzeni, w które mógłbyś wpuścić swoje nowe zwyczaje i pomysły. Do zagraconego umysłu, tak, jak do zagraconej przestrzeni domu, już nic się nie zmieści.

Nie karzę ci wyrzucać rzeczy. Możesz dać im nowe życie; możesz oddać je komuś innemu (np. za pośrednictwem naszej aktywnej grupy Żyjemy Eko, do której serdecznie cię zapraszam) albo zutylizować, albo podziałać recyklingowo, jak Julia z tego bloga, Gwarantuję ci, że minimalizm działa bardzo proekologicznie.



3. Zgubiłeś z oczu cel

Wszystko jedno w tym momencie, czy twoim celem jest zdrowa, naturalna rodzina, czy dbanie o Matkę Ziemię, czy przyczynienie się do poprawy jakości życia zwierząt. Tak długo, jak masz na tapecie swój cel, tak długo masz motywację do działania. Niestety, człowiek jest leniwym stworzeniem i nieraz to lenistwo prowadzi do usprawiedliwiania się a ono z kolei do odejścia od wartości, które w życiu wyznajemy.

Pisałam o tym we wpisie Nie tylko my jesteśmy biedni – nasze złe, nieekologiczne a nawet czasem nieetyczne wybory często wynikają ze złej piramidy wartości – cena ma większe znaczenie niż drugi człowiek, niekonsekwencja w wyborach to nasze drugie imię. Na szczęście większość osób, które decydują się wejść na „ekościeżkę”, w momencie zawahania wymaga tylko niewielkiej korekty kierunku.



4. Nie wyrobiłeś nawyku

Czy wiesz, że aby coś „weszło nam w krew”, potrzeba 21 dni? Potrzeba też nieraz mocno się nagłówkować, aby zmienić swoje dotychczasowe nawyki na lepsze. Umysł ludzki to skomplikowane urządzenie, człowiek też jest z natury wygodny i nie jest łatwo samego siebie nakłonić do zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń. Nie ma co liczyć na to, że to się zrobi samo. Użyj sztuczek! Możesz odhaczać każdego dnia raz wykonaną czynność (np. wzięcie ze sobą torby materiałowej na zakupy) albo nagradzać się za dobrze wykonane ekozadanie. Ogranicza cię tylko własna wyobraźnia 🙂


Czy te podpunkty brzmią znajomo? Jeśli tak, nie martw się – mam dla ciebie wspaniałą propozycję! Dołącz natychmiast do Ekowyzwania – uporządkuj dom i zrób miejsce na nowe! Nie zostawię cię samego z twoją bidą 🙂 Będziemy zajmować się tym wszystkim, o czym piszę w tym poście. Będą też gratisy do pobrania – mini planner w dwóch wersjach, harmonogram i etykiety motywacyjne – wszystko do uzupełnienia wg własnych potrzeb 🙂 Startujemy już w tę środę, 5 kwietnia 2017. Klikaj i zapisz się!:

ekowyzwanie
Tak, zapisuję się! – kliknij w baner

5 tricków jak żyć zdrowiej na stałe

żyć zdrowiej na stałe

żyć zdrowiej na stałe

Każdego to czasem dopada. A już zwłaszcza samozwańcze internetowe guru, chociaż wam o tym nie powie. OK, czasem powie, ale to za moment.

Doradzam innym, jak żyć zdrowo. Zachęcam do zmian. Pokazuję na sobie, że się da i że efekty są naprawdę fajne (ostatnio mi się schudło i nawet kupiłam mniejsze spodnie pierwszy raz od 7-8 lat, pryszczole sobie poszły, energii mam więcej chociaż Lisek budzi się pierdyliard razy w nocy). Ja stosuję paleo, ktośtam inny, jak np. Pepsi Eliot, poleci wam witarianizm, Zięba poleci wam dużo witaminy C. I każdy będzie miał rację. I każdy powie dobrze.

Ale mało który ekspert internetowy od tego, jak macie żyć i jeść (nazwijmy rzeczy po imieniu, czytasz mnie i próbujesz moje rady wcielać w życie, więc uważasz mnie za eksperta, prawda?) powie ci, że czasem ma dosyć. Że czasem już go szlag trafia, więc ucieka do Trójmiasta, obżera się jak szalony słodyczami, croissantami, pizzą, niezdrowym, szybkim żarciem i niezdrowym, slow żarciem. Tak, o mnie mowa.

 


Tak nam było dobrze. Zjedliśmy tyle ciastek, że nie mogliśmy się dotoczyć do Gdańska Wrzeszcza na pociąg do centrum. Było bosko. Nie żałuję.

Żałuję natomiast, że nie potrafię dojść do siebie po tym wszystkim. Niby wracam do zdrowego żywienia, ale po taaakim zepsuciu obyczajów moje zasady paleo jakoś mniej mnie się pilnują. Jakby wszystko się rozłaziło i szło swoimi drogami.. Tu smoothie z owoców, tam sernik „na pocieszenie”. Tu zdrowy obiad, tam pizza, bo „znowu w życiu mi nie wyszło”.

Moje rozchwianie przypłaciłam grypą jelitową (osłabiona odporność po końskiej dawce śmieciowego jedzenia), efektem jojo, złym samopoczuciem, bólem głowy, zepsutym stanem cery.

Nie polecam.

Zaczęłam natomiast myśleć, jak wrócić do równowagi, bo przecież chcę zdrowo i paleo, i smakowicie, i żeby dawać ciału dobre paliwo. Oto, co mi z tego wyszło:

1. Oczyść organizm

Ciało po szalonym rollercoasterze wydarzeń, wpadek i junk food potrzebuje resetu. Ja nasze oczyszczenie opisałam w poście #RESET – oczyszczanie organizmu . Mikstury Słoneckiego już nie stosuję, bo to szarlatan i bioenergoterapeuta, a ja na bioenergoterapię mam takie poglądy jakie mam, więc nie polecam. Jak zatem się oczyścić?

Codziennie rano wypij wodę z sokiem z cytryny. I już. Do tego możesz włączyć napar z czystka, o którym dużo informacji znajdziesz np. w Akademii Witalności. Nie przesadzaj z oczyszczeniem. Organizm, kiedy zamienisz złe jedzenie ponownie na wartościowe i odżywcze, sam dokona oczyszczenia.

2. Znajdź zastępniki

Miewasz ochotę na słodkie? Opracuj własne przepisy na zdrowe słodycze lub zbierz w jednym miejscu fajne receptury. Może zainspiruje cię Liskowy Instagram?

 

Jeszcze przed piecykowaniem. Kto chce przepis – musi zgadnąć, co jest jego bazą 😀 Do dzieła! ❗❗❗

Post udostępniony przez Monika Grzegorzewska (@liseko.blog)

Zachomikuj też w kuchennych szafkach przekąski: daktyle, morele, śliwki suszone, orzechy.

3. Planuj posiłki

Z tym mam zawsze największy problem, bo jestem typem spontanicznym. Ale przyznaję – gdy planuję, co będziemy jeść w danym tygodniu (nie tylko obiady, proszę państwa, o nie! śniadania i kolacje też), potem robimy zakupy według listy, to, prócz zmniejszenia ilości wyrzucanego jedzenia, udaje się zmniejszych ilość „wpadek” w okresie przejściowym między niezdrowym trybem życia a życiem pełnym witalności 🙂 Warto zatem raz w tygodniu usiąść, pomyśleć, przygotować przepisy.

4. Uzdrów swoje relacje z jedzeniem

Bardzo mądrze pisała o tym moja ulubiona blogerka kulinarna, Katarzyna Karus:

Bywa i tak, że postrzegamy swoją dietę (…) jak nie lada wyzwanie, coś praktycznie niewykonalnego, kompletną rewolucję, której przeprowadzenie może dorównać trudnością wyprawie na K2. Takie podejście powoduje, że sami utrudniamy sobie zadanie. Budujemy napięcie, nakręcamy się w negatywnych emocjach. W efekcie padamy przy pierwszym lepszym starciu bo tego napięcia nie wytrzymujemy.

(…)

Nasz umysł być może jest skomplikowany a nasza psychika nie do końca zbadana ale jeśli chodzi o tak podstawowe aspekty życia jak jedzenie i nagradzanie to jesteśmy skonstruowani dość prosto. Jeśli każdą okazję do świętowania powiążemy z jadalną nagrodą to szybko się okaże, że będzie to jeden z niewielu bodźców, które będą w stanie nas wprowadzić w dobry nastrój.

(…)

Emocjonalna więź z jedzeniem może być utrwalana również w zupełnie przeciwnych okolicznościach. Kiedy po ciężkim dniu w pracy (co gorsza głodni) po drodze do domu wpadamy do sklepu, kiedy staraliśmy się o coś co nam się nie udało, kiedy spadły na nas wiadomości z którymi nie mogliśmy sobie poradzić. Wszystkie negatywne emocje sprawiają, że czujemy nieodpartą chęć osłodzenia sobie życia. I znów jedzenie staje się jedynym pozytywnym bodźcem. Kiedy utrwalimy sobie taką reakcję będziemy chcieli do tego bodźca wracać i w końcu możemy się zapętlić.

Mogę się podpisać pod każdą z tych diagnoz. Jedzenie dla wielu z nas (w tym także dla mnie) staje się nagrodą/nagrodą pocieszenia/polem walki. I po co?

No dobra, a jak sobie z tym poradzić? Znów – znajdź zastępnik. Negatywne emocje można zwalczać nie tylko tabliczką czekolady. Medytacja, wysiłek fizyczny, książka, dobra rozrywka, modlitwa, zajęcie się swoim hobby. To pierwsze kroki do uzdrowienia relacji z jedzeniem.

5. To, co robisz, rób dla siebie

Jeśli naszą motywacją są inni ludzie (mąż, dzieci, przyjaciółka), początkowo myślimy że to świetne rozwiązanie, bo przecież ustawiając motywację na zewnątrz, mamy kogoś, kto będzie nas „pilnował” i przed kim odpowiadamy. Nic bardziej mylnego. Bo przecież wystarczy, że ta nasza ważna osoba nagle zrezygnuje, potknie się, albo pociągnie nas za sobą za mocno i zrezygnuje ze zmian. I co, mamy pobiec za nią? A jakie jest wyjście, skoro jedynym powodem i motorem zmian był inny człowiek?

To, co robisz, rób dla siebie. To twoje życie, twoje zdrowie, twoje ciało. Oczywiście, ciężko jest żyć po swojemu, gdy otoczenie żyje inaczej; zwłaszcza, gdy ma się wspólny dom, kuchnię, lodówkę, je się razem posiłki. Ale da się. Jest to trudne, ale pokonanie tej przeszkody nie jest niemożliwe i czyni nasze postanowienie jeszcze silniejszym

..

Wpadłam w dołek jedzeniowy. Niepotrzebne to było, głupie, złe. Plan, który wam przedstawiłam, napisałam także dla siebie. Pora wyjść z dołka. Pora się ogarnąć.

A dla ciebie mam specjalną ofertę: mogę zostać twoim osobistym motywatorem. Podsuwać ci pomysły na zmianę na lepsze. Regularnie dawać ci kopa do działania. Rozbawiać z rana i pomagać z podsumowaniem na koniec miesiąca.

Jak możesz to wszystko dostać?

Zapisz się już dziś na Pozytywny Newsletter – Żyję eko z Liseko! Znajdziesz w nim podpowiedzi, jak zmieniać życie na naturalne w małych krokach, jak się motywować, jak otaczać się pozytywnymi myślami.

Nie spamuję i nie przynudzam, to drugie już od dawna wiesz 🙂

Zatem daj się zmotywować i już teraz zostaw mi namiar na siebie!

Kliknij w obrazek, aby się zapisać!
Kliknij w obrazek, aby się zapisać!

 

 

Zielsko, co samo zmywa gary

ekologiczny proszek do zmywarek

ekologiczny proszek do zmywarek

Lubię leniuchować. Odpoczywać. Leżeć. Wtulać się w podusię jak ta śliczna koala w drzewko eukaliptusowe. Pachnieć świeżością i jeszcze żeby mi ktoś co dobrego do picia podał, smaczny kąsek i spać, spać, spać…

Żeby leniuchować, trzeba mieć czas. A obowiązki domowe gonią – posprzątać, pozmywać, pozamiatać, zrobić pranie…

Kupiliśmy jakiś czas temu zmywarkę. Cieszyłam się jak głupia, bo zmywać nienawidzę bardziej niż wszystkich innych czynności domowych razem wziętych. No i, proszę państwa, jaka ekologia! Wody się zużywa mniej, no cud miód i orzeszki. Do czasu, gdy urodziła się Lisek i zaczęłam poważniej przyglądać się temu, jakich środków (w tym tych do sprzątania) używamy w domu. No a zmywarka, jak wiadomo, wymaga: soli, tabletek, nabłyszczacza… Na chłopski rozum – ile przeróżnych substancji trzeba zmieścić w małej kosteczce, aby pozmywała coś bez udziału moich rąk? No niby „tabletki do zmywarek przeznaczone są do zmywarek, więc nie ma w nich toksycznych substancji”. Czy na pewno?

Z czego składają się tabletki do zmywarek?

O składzie tabletek do zmywarek możemy przeczytać między innymi na blogu Organicznych. Idąc za ich analizą i wnioskami, tabletki te zawierają fosforany, wybielacze, polikarboksylaty, niejonowe środki powierzchniowo czynne, enzymy trawienne i kompozycje zapachowe, czyli perfumy. I co wy na taki skład? Oczywiście wszystko jest w normach ustalonych przez odpowiednie organy, ale kto ustala te normy? I jaką mamy pewność, że obecna dopuszczalna norma faktycznie jest normą, która nie spowoduje uszczerbku na naszym zdrowiu? 

Dodatkowo do zmywarki wlewa się nabłyszczacz. Na przykładzie produktu firmy Ludwik, zawiera on 2-hydroksy-1,2,3 propanotrikarboksylowy kwas monohydrat, Natrium-p-cumolsulfonat, Kumenosulfonian potasu. (Pełną analizę toksykologiczną znajdziecie pod tym linkiem). Co, mam nadzieję, ważne dla każdego, produkt ten jest testowany na zwierzętach – szczury dostawały dawkę składników doustnie, króliki miały ją aplikowaną na naskórek.

Dlaczego nie polecam tradycyjnych tabletek

W czasach, gdy każdego dnia odkrywa się kolejne możliwe przyczyny występowania nowotworów, które dotąd uznawano za nieszkodliwe (np. opary z silników Diesla), nic nie jest w stu procentach pewne. Nie chcę przykładać ręki do tego, że moja rodzina może być narażona na szkodliwe działanie substancji chemicznych. Oczywiście, są osoby, dla których badania naukowe są niepodważalnym źródłem wiedzy i pewnikiem, o który należy opierać argumentację. Wystarczy jednak porównać stan badań na przestrzeni lat w dowolnej dziedzinie, żeby zauważyć, że z naszych obecnych wniosków kolejne pokolenia mogą się zwyczajnie śmiać. Jaką ja mam na to metodę? Powrót do natury – nie używanie złożonych i skomplikowanych w składzie środków tam, gdzie nie jest to konieczne; nie wszystko musi przejść przez laboratorium, aby było skuteczne (wystarczy porównać sobie efekty w sprzątaniu kuchni mleczkiem cif a sodą kalcydowaną).

Ekologiczny proszek do zmywarek

Kupiłam go przy okazji którychś ekozakupów. Jaki ma skład?

  • 100% olejek eukaliptusowy (już wiecie skąd zdjęcie koali)
  • węglan sodu
  • nadwęglan sodu
  • tripolifosforan sodu

Każdy z tych składników jest biodegradowalny, czyli, rezygnując z ekożargonu – nie zanieczyszcza środowiska.

Na jedno zmywanie używa się go 20g, odmierzając specjalną miarką dołączoną do opakowania. Niestety, zarówno opakowanie jak i miarka są plastikowe. Dostajemy 400g produktu, które wystarcza na około 20 zmywań. Jak zapewnia producent, nie wymaga soli i nabłyszczacza. Opakowanie na stronie producenta kosztuje 28 zł, zatem, jak łatwo policzyć, koszt jednego zmywania to 1,40 zł, nie doliczając kosztów wysyłki produktu.

ekologiczny proszek do zmywarek, zdjęcie ze strony producenta
ekologiczny proszek do zmywarek, zdjęcie ze strony producenta

Jak się sprawdził? Bardzo fajnie. Wszystko dozmywał, nie zostawił resztek, za to zostawił piękny zapach eukaliptusa. Faktycznie nie wymaga nabłyszczacza – przy używaniu tradycyjnych tabletek bez nabłyszczacza często, zwłaszcza szkło, pozostawało lekko matowe. Proszek zniwelował ten problem. Miarka jest wygodna, opakowanie łatwe w zamknięciu. Wadą jest moim zdaniem to, że nie ma ono zabezpieczenia przed dziećmi, choć jest to środek drażniący.

Olejek do produkcji proszku i innych produktów tej linii sprowadzany jest z Australii, co dla zwolenników lokalnego życia i zakupów również będzie wadą.

Czy będę go kupować regularnie? Dla mnie zawsze istotny jest aspekt finansowy. Nasz dotychczasowy zestaw tabletki+sól+nabłyszczacz, który wystarczał na ok. 50 zmywań, to koszt 70 zł. Zatem cenowo wychodzi bardzo podobnie. Niektórzy mówią, że śmiało można zrezygnować z soli i nabłyszczacza przy tradycyjnych tabletkach, jednak ja zauważam różnicę w jakości zmywania, zatem zestaw był stale kupowany. Przy stosowaniu ekologicznego proszku do zmywarek problem uzupełniania soli i nabłyszczacza odpada.

Dla kogo jest ekologiczny proszek do zmywarek?

Dla osób, które z różnych powodów nie chcą produkować środków do zmywania same lub jeszcze nigdy nie próbowały zmywać inaczej niż konwencjonalnymi tabletkami, a do tego chcą żyć naturalnie i wyrzucić „chemię” z domu. Ja będę proszek kupować raz na jakiś czas, a obecnie pracuję nad własnym przepisem na tabletki, zatem – wyczekujcie 🙂

Pozdrowienia, Mama Liska

 

 

 

Jak zmyć z dziecka rozpaćkane jajo

mydełko kastylijskie

mydełko kastylijskie

To było tak – przy okazji wertowania Internetu w poszukiwaniu kolejnych wspaniałych i mniej wspaniałych metod walki z łuszczycą, wpadłam na Anuśkowe Cudeńka. Ania, obecnie pełnoetatowa mama, robi w domu cudne mydełka i mazidełka dla problematycznych skórek.

##mydełko #naturalnemydlo #natural #platkiowsiane #chaber #handmade #health #care #naturalne #soap

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anna Wo (@annawtc)

Pogadałyśmy i fruu – poleciała do nas paczka z próbkami 🙂 Testujemy baaardzo powoli, tak, aby być pewnym, że to akurat dany specyfik ma taki a nie inny wpływ na skórę. Na pierwszy rzut poszło mydełko kastylijskie.

No bo Lisek odkąd ma rozszerzoną dietę (metodą BLW, a jakże), a do tego raczkuje, wymaga codziennego szorowania od stóp do głów. Skończyły się błogie czasy, w których jak jeden dzień się nie wykąpało niemowlęcia to co najwyżej zalatywało lekko mlekiem mamy. Teraz nieumycie Liska oznaczałoby pójście spać z małym brudaskiem, który we włosach ma resztki jajka, za uszami jaglankę ze śniadania a między palcami paproszki z podłogi, no bo przecież odkrywa świat a do tego kocha jeść (myślę, że to będzie jej największe hobby, przynajmniej do czasu aż nauczy się czytać). Co zrobić z takim brudasem? Ano, umyć. Niestety jajko okazuje się na tyle uparte (w to miejsce możesz też wstawić jaglankę, wątróbkę, kiszoną kapustę, buraczki i inne specjały), że najzwyczajniej w świecie NIE CHCE ZEJŚĆ. Wodą. Olejem kokosowym jakby lepiej, ale to dalej nie to…

Przyszedł zatem czas aby do akcji wkroczyło mydło. Nie byle jakie, bo kastylijskie, od Anuśkowych Cudeniek właśnie.

Czym jest mydełko kastylijskie?

W większości składa się ono z oliwy z oliwek i w tym tkwi jego główny sekret. Nie pieni się, bo nie dodaje się do niego zbędnych substancji spieniających. Jak czytamy na blogu herbiness (który, zdaje się, powtarza za angielską Wikipedią):

Mydło kastylijskie przez stulecia powstawało z oliwy (czasem z łoju), ługu wykonanego z solanki i popiołu, gotowane na ogniu, na koniec oddzielane od nadmiaru ługu. Nikt wtedy nie zwracał uwagi na liczbę zmydlania, a pojęcie „metoda na zimno” nie istniało. Mydło kastylijskie obecnie oznacza mydło z przewagą oliwy (oleju z oliwek).

To idealny wybór dla skóry problemowej czyli delikatnej, suchej, z atopowym zapaleniem skóry, łuszczycą, egzemą. Także dla skóry niemowlęcia (noworodka spokojnie można kąpać w samej wodzie, chyba że wybitnie czymś nam się przybrudzi).

Jak mydełko kastylijskie sprawdza się w kąpieli dziecka?

No co was będę oszukiwać – świetnie! Kostka 2x2cm wystarczyła nam na miesiąc kąpieli, także jest ono bardzo wydajne. Jak kąpiemy? Biorę mydełko w dłoń i czyszczę nim bezpośrednio skórę – w ten sposób zużywa się je najekonomiczniej. Bardzo ładnie domywa ślady po jedzeniu, codzienny brudek będący skutkiem intensywnego poznawania świata. Domył barwnik z buraczków na rączkach, żółtko jajka z włosów, zaschnięty sok z pomarańczy na policzku. Nie zostawia osadu na wanience ani na dziecku. Jest naturalne, nie szczypie w oczy.

Na co zwrócić uwagę przy zakupie?

mydełko kastylijskie
Nasze mydełko od Anuśkowych Cudeniek
  1. Na kształt. Choć ważka jest piękna, ciężko się nią myje niemowlę. Dużo bardziej polecam mydełko w formie płaskiego krążka. Kostka też jest nieporęczna – zanim zmydli się ranty, mija trochę czasu.
  2. Na skład. Im krótszy, tym lepszy. Zwracam uwagę szczególnie na mydełka z płatkami owsianymi i innymi substancjami, które wydają się atrakcyjne – płatki owsiane bywają skażone glutenem, a ten dla osób z nietolerancją jest bardzo szkodliwy. Wiadomo, że mydła nie jemy, ale wiadomo też, że niemowlęta biorą do buzi wiele nieoczywistych rzeczy, a własne rączki szczególnie. Najprostszy skład mydełka kastylijskiego to oliwa z oliwek, NaOH i woda destylowana.
  3. Na pochodzenie. Tworzenie mydełek wymaga specjalnych warunków i składników. Wiadomo, że robione w zaciszu domowym mają swój urok i nie zastąpi go nawet najlepsze laboratorium, jednak dla osób z alergiami najlepsze będzie mydełko z olejów posiadających BIO certyfikaty.

Anuśkowe Cudeńka mają teraz przerwę na macierzyński, ale myślę, że jak ładnie poprosicie, to jakieś ładne mydełko się dla was znajdzie 🙂 Ja z czystym sercem – polecam!

Jak Mama Liska spaliła buraka

właściwości buraka

właściwości buraka

Popełniłam niedawno wpis o nieszczelności jelit (patrz: Policz swoje dziury), bo dla mnie odkrycie jak wielką rolę odgrywają ludzkie jelita, było przełomowe w moim myśleniu o zdrowiu i jedzeniu. Ostatnio udało mi się nawet wyczytać, że jelita są jak nasz drugi mózg, a ich sprawność ma ogromne znaczenie dla pracy umysłu i psychiki.

Spaliłam jednak buraka w tym nieszczęsnym i szczęsnym wpisie o dziurach. Dlaczego? Podałam wam przepis na test buraczany (w skrócie: wypij sok z burola, jak masz dziury to wysikasz się na czerwono). Niby ma to sens, niby Słonecki szarlatan jeden wyjaśnił czemu tak się dzieje (swoją drogą mikstury Słoneckiego już nie pijem, bo to bioenergo a my takich nie uznajemy). Nauka jest dla mnie prosta na przyszłość: nie wierzyć za łatwo, nawet jeśli ktoś jest na całą Polskę czytany i cytowany, i wydał kilka tomisk książek o zdrowiu. Nie wierzyć i już.

To jak to jest z tym kolorem buraka?

Burak zawiera wspaniałą substancję, o której za chwilę rozpiszę się mocniej. Zwie się ona betanina. Betanina sprawia, że burak ma czerwony, piękny kolor. Dlaczego jednak pojawia się on w moczu tylko u niektórych, by zniknąć po zmianie diety na zdrowszą? Sekret nie tkwi w nieszczelności jelit, ale w ogólnej sprawności trawienia. Organizm dobrze odżywiony lepiej radzi sobie ze strawieniem betaniny, stąd mocz po zjedzeniu buraka u osoby np. na diecie paleo pozostaje bezbarwny. Natomiast jeśli organizm funkcjonuje na śmieciowym jedzeniu, siusiu będzie czerwone. I cała filozofia, a test buraczany, niestety, można o kant d… potłuc.

Czy warto jeść buraki?

No pewnie, że warto. Szklanka soku z buraka dziennie to doskonały lek na anemię. Mało tego! Wspomniana wcześniej betanina jest przeciwutleniaczem, który wykazuje działanie antynowotworowe. Pewnie, samym burakiem raka nie wyleczysz (choć niektórzy zapewne próbowali), ale profilaktyka nowotworowa powinna zaczynać się właśnie od zmiany diety.

Co jeszcze może zdziałać nasz czerwony przyjaciel? Wspomaga pracę jelit i usuwanie z organizmu toksyn, co jest bardzo ważne przy chorobach autoimmunologicznych (pisałam o tym we wpisie #RESET!). Dla osób o zaburzonej w organizmie równowadze kwasowo-zasadowej (o tym dopiero będę pisać) burak jest pomocny od strony alkalizacji – ma silne działanie zasadotwórcze. Jedzony na surowo powoli uwalnia energię, ma też niski indeks glikemiczny.

Pod jaką postacią?

Kiszone, surowe, pieczone… No jakie chcesz! Każdy z nich będzie miał trochę inne właściwości, np. IG, ale prawda jest taka, że wszechstronność buraka nie zna granic. Ja mam na oku buraczane brownie, smoothie z buraczkiem i buraki kiszone. Btw, robiliście kiedyś zawas z buraków na barszcz? No kurczę, jest tyle możliwości! Jak myślę, że jeszcze niedawno jedyny burak jakiego tolerowałam to ten rozgotowany w zupie, to robi mi się słabo…

Będę te przepisy testować i dzielić się na Instagramie. Powiem wam, że zdrowie życie wciąga. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się dziwne, ekoświrnięte i nie do zrealizowania w życiu, nagle staje się potrzebne i pożądane.

Wystarczy bowiem zauważyć pozytywne rezultaty. Czego na Nowy Rok sobie i Państwu życzę.

hi hi hi

Byle powoli – slow Święta

slow święta

slow święta

Pisałam już we wpisie o Eko Gwiazdce (czytaj: Eko Gwiazdka czyli wszystko inaczej), że ludzie przed Bożym Narodzeniem zapierniczają jak nakręcane zabawki – od sklepu do sklepu, od okazji do okazji, od jednego koszyka w Lidlu do drugiego. Szał ciał i szał świąt-nieświąt, bo gdyby co poniektórych spytać co w zasadzie świętują, to nie umieją odpowiedzieć zbyt precyzyjnie, uciekając do frazesów „święta rodzinne”, „spędzamy czas razem”, „chwile wolnego od pracy”, bo przecież tym, że syn się zamknął w pokoju i całą Gwiazdkę będzie grał w CS’a albo WOW’a (albo w Tomb Raider) chwalić się nikt nie będzie. (Jeśli nie pominąłeś wstępu, trudno, zmarnowałeś 15 sekund, czytaj dalej).

Z drugiej strony – nie przekonują mnie setki zdjęć na Instagramie ze słynnym już w niektórych kręgach slowowym motywem przewodnim – Hygge – czyli, krótko mówiąc: ciepłe rękawiczki, kominek, kubeczek, koniecznie z reniferkiem, w kubeczku kakałko, na kakałku pianki marshmallow. W tle obowiązkowo lampki choinkowe uwieszone żyrandola, spływające po ścianie i oplatające artystycznie kota. (O jaka ja niedobra, wyżywam się na tych Instagramowych trendsetterkach, a sama mam lampki choinkowe porozwieszane po całym domu, oczywiście ekoledowe). Dlaczego mi to wszystko śmierdzi picem?

Bo dni przedświąteczne tak nie wyglądają, nawet jak jest się słynną blogerką. Pominę fakt że zdjęcia instagramowe to w większości ustawki, bo to już każdy wie. Ale pomyślcie sobie – jak matka siedzi na macierzyńskim w domu, to kiedy, do jasnej parasoli, ma sobie to hygge-kakałko zrobić? Jak jedno jej smarka, drugie płacze w nosidle bo przecież jest bliskościowa i nie odłoży do łóżeczka bo nie ma serca i neurony w mózgu źle się rozwiną czy cośtam (ja też z tych). A jak ktoś ma to szczęście że nie jest matką na macierzyńskim to tyra jak wół 8-10 godzin, wraca potem padnięty do domu. I co? Ma sobie kaloryfer rozkręcić?

No więc człowieka ogarnia frustracja. Z jednej strony – nie chcę być jak ci pierwsi, marketowco-okazjoniści, latać za tymi prezentami jak głupia, za karpiem miesiąc przed, bo to bezsens. Z drugiej strony – chcę mieć tak fajnie jak na tym Instagramie, ale nikt tego za mnie nie zrobi, nikt nie ułoży mi nagle w tydzień planu dnia tak, bym miała czas na zrobienie eggnoga i wypicie go w kubku ze wzorkiem rodem ze skandynawskich swetrów. Nie mówiąc już o zbudowaniu w moim blokomieszkaniu kominka.

Pamiętacie film „W Krzywym Zwierciadle – Witaj Święty Mikołaju”? Dziś sobie z Mężem obejrzeliśmy w ramach luzu przedświątecznego. Ten nieszczęsny Chevy Chase dwoi się tam i troi, ciąga rodzinę po odludziach za prawdziwą choinką, obwiesza cały dom lampkami, ubiera się w krawat z Mikołajem, chowa prezenty na strychu. Całość kończy się jak zwykle katastrofą i, jak zwykle w amerykańskich filmach, hymnem Stanów Zjednoczonych. O czym bohater zapomniał, czemu mu nie wyszło, choć bardzo się starał?

Ja sobie co roku odpowiadam na jedno trudne pytanie: Po co świętujesz?

Bo jeśli sobie odpowiesz, to będziesz wiedzieć, jak spędzić Boże Narodzenie, aby było dla ciebie slow, powolne i najlepsze.

A na koniec tego nudnego jak flaki z olejem moralizatorstwa kilka Liskorodzinnych metod naszych na Slow Święta:

  1. Poszliśmy po choinkę całą rodziną. Lisek we wózku, ja w puchówce. Mąż sam ją przytaszczył na plecach. Jest spora, rozłożysta, kłuje jak trzeba. Ubraliśmy ją też razem. I przycinaliśmy. I poprawialiśmy milion razy jej ustawienie w stojaku, żeby była równa. W ogóle, warto robić razem. Wiele rzeczy. Samemu jest szybciej, można podzielić obowiązki, zaoszczędzi się czas. Można pojechać przecież autem. Przywieźć, pokląć na kierowców, wkurzonych sobotnim ruchem. Ale kurczę, warto robić razem. Dla samego faktu pobycia ze sobą.
  2. Zaplanowałam cały najbliższy tydzień. Założyłam sobie własny Bullet Journal i mam dzień po dniu wyznaczone kiedy co zrobić żeby nie zwariować. Jestem okropnie niezorganizowaną, chaotyczną osobą. A dobry plan pomaga być slow i niespiesznie przygotować się na wszystko. Plan zakłada, że we Wigilię rano wstaniemy sobie z łóżka, wyjmiemy spod choinki pierwsze małe prezenciki (OK, ten dla Liska będzie całkiem spory) i już nic nie będzie do zrobienia, bo wszystko zamkniemy do piątku.
  3. Prezenty kupiłam w listopadzie, podczas Dnia Darmowej Dostawy. Niczego nie żałuję 🙂
  4. Działam wg. pomysłow na Eko Gwiazdkę. Link do wpisu był wcześniej. Jeśli jeszcze nie słyszałeś o Eko Gwiazdce, zapraszam cię do grupy fb Żyjemy Eko, gdzie do Bożego Narodzenia podsuwamy sobie nawzajem pomysły na różne ekologiczne rozwiązania w ferworze przygotowań do Świąt.

 

A jakie są Twoje patenty na powolne, niespieszne Święta? Jestem bardzo ciekawa, może coś mi podpowiesz?

Kupa na Dzień Matki, czyli pieluchowanie wielorazowe noworodka

pieluchowanie wielorazowe noworodka

pieluchowanie wielorazowe noworodka

Emocje sięgają zenitu – dziś po wizycie poloznej ostatecznie ruszamy z wielo; )

 

To było tak: w ciąży poszłam na zwolnienie, dosyć wcześnie, bo po trzech chyba miesiącach. Co robi kobieta na zwolnieniu? Najpierw zaczyna ogarniać dom, bo ma siłę. Czyta książki, bo ma wyż intelektualny. Ćwiczy w domu na macie, bo rozpiera ją energia. Gotuje, bo ma natchnienie i musi jakoś

Potem zaczynają ją boleć plecy. I nogi. Dostaje się mózgu ciążowego, bo tak to chyba trzeba nazwać i żadna książka nie wchodzi. Niby się czyta, a nic nie dociera. Ćwiczenia coś nie idą, w końcu zamienia się je na paczkę lodów. A gotowanie na jedzenie codziennie pierogów i paluszków rybnych z frytkami i majonezem (przesadzam, ale gotowanie zupełnie mi nie szło). Seriale pochłania się całymi sezonami…

W końcu dociera do ciężarnej, że nie wie nic o dzieciach. Więc zaczyna drążyć. Drąży, drąży… Przegląda dziecisawazne.pl, mamotoja, mataja, hafija…. Trafia nagle na Grupy na Facebooku. I przepada.

Ze stu miliardów grup fb na jakie trafiłam, wyłuskałam sobie ulubione. A pośród nich – Pieluchy Wielorazowe oraz NHN. I zaczęłam czytać. I czytać, i czytać, i czytać….

Nic nie rozumiałam. Bo, co ostatnio ładnie opisała Aga z bloga Pieluchowanie Wielorazowe, dziewczyny od pieluszek mówią swoim językiem: booster, formowanka, AIO, SIO…. Chińszczyzno-angielszczyzna. W końcu poszłam po rozum do głowy i zadałam pytanie, które szło mniej więcej tak:

Rodzę w maju. Ile czego potrzebuję na noworodka?

I wiecie co? Dostałam jedną piękną odpowiedź, spisałam ją sobie na kartkę i zaczęłam przeglądać internet w poszukiwaniu tego, co na tej kartce miałam. Oczywiście nadal nie wiedząc, co jest czym i jak wygląda.

Tak trafiłam na Bazarek pieluszkowy. A tam – hulaj dusza, piekła nie ma. Wbrew logice i wyliczeniom, ile kosztuje pieluchowanie wielorazowe, przecierałam oczy ze zdumienia: dwa złote za wkład, dziesięć złotych za pieluszkę, pięćset za kompletny zestaw na cały okres pieluchowania… Szybciutko pozamawiałam sobie to, co potrzebne według mojej listy, a potem dokupiłam to, co kosztowało bezcen i zadowolona czekałam na nawał przesyłek.

Błąd. Częściowo. Wszystko bowiem dotarło a wraz ze wszystkim świadomość, że przecież noworodek to noworodek, waży 3,5 kg i raczej ogromne pieluchy wielkości spadochronu będą na niego za duże. Ale też niebłąd, bo w końcu dowiedziałam się, co to, u licha jest formowanka, jak to się dzieje, że snappi, czyli kawałek gumy z zębami, tak ładnie trzyma pieluszkę na tyłku (u mnie wtedy na misiu) i czemu niektóre wkłady kosztują pięć, a niektóre dwadzieścia złotych.

No dobra, urodziła się Lisek.

pieluchowanie wielorazowe noworodka
Lisek w pierwszej dobie życia

Pięć dni była na pampach (czytaj: Tyłek pawiana i co z nim zrobić oraz Posmaruj pupę dziecka chlorem. A potem Sudocremem), potem zaczął się wielki okres „wielo”. Zmieniłam się w stałą bywalczynię forum, zasypując je moimi pytaniami i wątpliwościami, tworząc z niezastąpionego smartfona mini-relację z tego okresu (jak ktoś już miał noworodka przy piersi to wie, że karmienie zajmuje duuuuużo czasu i jak się ma podczas niego telefon w ręku, to można duuuuużo na nim zadziałać).

Emocje sięgają zenitu – dziś po wizycie poloznej ostatecznie ruszamy z wielo; ) ostatnie szlify:
1. rozumiem ze bez wkładek sucha pupa na tetrze będzie płacz po każdym siku?
2. między brzuszek a pieluche muszą wejść 2 palce?
3. zrobiły nam się czerwone kropki wzdłuż pachwinek. wina pampersow? myjemy wacikiem bawelnianym zamoczonym w wodzie na to maka ziemniaczana. zapytam poloznej ale jest niewyprobowana, nie wiem co.myśli o wielo i czy ma naturalne podejście czy od razu każe nam kłaść kilo sudokremu….
trzymajcie kciuki! ♡

Potem było tylko ciekawiej:

Zepsuła nam się pralka. Dobrze ze teraz bo wynioslysmy się z mala z dusznego blokowiska na działkę do moich rodziców.  (…)

Mała ciągle ma odparzenie i to coraz gorsze. Odkąd miała te 5 dni w pampersach (a więc od dnia narodzin) nie było ani dnia ze zdrowa pupa. Mała w sobotę skończy miesiąc. Dobrze ze jesteśmy u rodziców bo ma być ciepło i można powietrzyć pupę na slonku na Starym kocu w samej tetrze. Źle ze jesteśmy u rodziców bo muszę się nasluchac jakie te otulacze duszne durne i” na pewno ma odparzenie od tych twoich pieluch”. mimo to mama dzielnie pomaga w praniu i wieszaniu. Nie obywa się bez wpadek bo oczywiście wszystko chce gotować w 90st, wirowac w 1200 obrotach i postawic mnie o 23 (jak mała laskawie śpi) przy desce do prasowania. Najchętniej poddalaby tej kuracji ten „okropny gruby majtek” czyli nasze kochane wełniane puppi bo przecież w tak grubym otulaczu na pewno będą odparzEnia, no nie ma zmiłuj.jak oberwal kupa chciała go wyparzyc we wrzątku i suszyć na słońcu.

pieluchowanie wielorazowe noworodka - otulacz Puppi Newborn
pieluchowanie wielorazowe noworodka – otulacz Puppi Newborn

Trzymając się tematy wełny, plan jest taki żeby pójść w wełnę. Wdrożyć będzie go niełatwo bo mam w domu wielki stos mikrofibry na większą pupę bo miała być na przyszlosc do kieszonek. A mnie teraz najmocniej przekonują wełniane otulacze. Odmieni mi się? Póki co u nas formowanki zdaja egzamin ale też nie zdają – w nocy mam komfort ze jak za długo pospimy to nie przecieknie. Ale przez ten komfort nieraz rano pupa jest czerwona sto razy mocniej niż przed spaniem. ….. co wkladacie dzieciom do welniaka w wieku w którym nie wystarcza tetra? i jak używacie wkładki sucha pupa ?mam wrażenie że moje ścinki z polaru i tak sa mokre….

I jak zwykle nie obyło się bez dobrych rad:

dla kompletujacych wyprawkę noworodkowa – u nas na dobę idzie 20-30 sztuk tetry. moja cora potrafi sikac 3 razy w ciągu dziesięciu minut, w mokrym jest niespokojna , nie zasnie, nie będzie jechać grzecznie w wózku. potrafi też 2 minuty po zmianie z mokrej pieluchy na suchą zrobić kupę. kupę robi na 3 razy, już się nauczyłam,ale dziś np. po tych 3 razach zmieniłam pieluszke i po 10 minutach znów kupka. w dodatku wiele dzieci,w tym moja mała, robi kleksy przy prykaniu (problemy z brzuszkiem). zatem u nas zalozenie ze noworodek ma 10-12 zmian na dobe zupelnie sie nie sprawdza. pytanie do doświadczonych – to normalne tyle razy sikac? 😉

pieluchowanie wielorazowe noworodka - tetra spięta klamerką snappi
pieluchowanie wielorazowe noworodka – tetra spięta klamerką snappi
pieluchowanie wielorazowe noworodka - otulacz Imse Vimse
pieluchowanie wielorazowe noworodka – otulacz Imse Vimse

To tak w dużym skrócie… Np. zupełnie pominęłam to, że z okazji Dnia Matki moje dziecko wystrzeliło na mnie z przewijaka własną kupą. Nie ma to zbyt wiele wspólnego z tematem, ale coś musiało przykuć waszą uwagę ^^ Wracając do pieluch – naprzeżywałam się, nie ma co. Nie będę wam truć o tym, jak nie kompletować wyprawki noworodkowej, zatem pokrótce opiszę, jak wyprawkę dla mojego noworodka skompletowałabym teraz.

Lisek w pierwszej dobie życia
Lisek w pierwszej dobie życia
pieluchowanie wielorazowe noworodka - "lądowisko" tetry złożonej w samolot
pieluchowanie wielorazowe noworodka – „lądowisko” tetry złożonej w samolot
pieluchowanie wielorazowe noworodka - AIO Tots Bots
pieluchowanie wielorazowe noworodka – AIO Tots Bots
pieluchowanie wielorazowe noworodka
Lisek trochę później w kieszonce Zufizo

Mój sposób na wielopieluchowanie noworodka

  1. Nie nastawiałabym się na to, że urodzę duże dziecko i zainwestowałabym w rozmiar noworodkowy, czyli newborn. Unika się w ten sposób szeregu wątpliwości i sytuacji, w której wszystko idzie nie tak, czyli to, co ma być w pieluszce, nagle znajduje się na zewnątrz. W większości przypadków winę za przecieki ponoszą zbyt duże, niedopasowane pieluchy.
  2. Zakupy zrobiłabym, tak jak poprzednio, na bazarku pieluchowym. Wybierałabym jednak pieluszki w dobrym stanie, polskich producentów, małe, zgrabne i uszyte specjalnie z myślą o noworodku.
  3. Nie kupowałabym skomplikowanych systemów i stu miliardów rodzajów „bo może się przyda i spodoba”. Skupiłabym się na funkcjonalności i na tym, co ma otulać pupę dziecka czyli na doborze otulaczy. Jak to zrobić w podpunktach:
  • Zakupić 3-4 otulacze z nieprzemakającego materiału PUL lub wełniane, uprzednio konsultując ich zakup z osobą, która ma doświadczenie w pieluchowaniu wielorazowym (np. ze mną za pośrednictwem Facebooka lub Instagrama). Do tego jedną lub dwie pary gaci wełnianych, o których pisałam więcej we wpisie: Dlaczego nie piorę dziecku gaci?
  • Zakupić wypełnienie otulaczy. I tutaj jest miejsce na fantazję, bo kupiłabym kilka rodzajów wypełnienia tak, aby sprawdzić, które będą OK dla mnie i dla dziecka. Byłyby to: pieluchy tetrowe, formowanki, prefoldy. Do kompletu klamerka snappi. Kupiłabym tak, aby wszystkich wypełniaczy łącznie było 30.
  • Założyłabym, że kupuję nie w najgorszym stanie i po taniości, ale w dobrym stanie i dobrych producentów, tak aby łatwo i szybko sprzedać pieluchy, które mi nie odpowiadają i pozostałe, kiedy już dziecko z nich wyrośnie.

Dlaczego mimo wszystko kupowanie kilku rodzajów wypełnienia otulacza jest dobre? Ponieważ każdy noworodek jest nieco inny – niby każdy je, płacze, śpi i załatwia swoje potrzeby fizjologiczne, ale: jeden siusia często, inny rzadko; jeden robi kupkę raz na kilka dni, inny robi kupkę co godzinę; jednemu przeszkadza uczucie wilgoci, innemu nie; i tak dalej, i tak dalej… Dopiero w praktyce częstego przewijania noworodka można zaobserwować, jaki egzemplarz nam się trafił.

Dlaczego przy noworodku nie warto inwestować w inne systemy niż otulacz+wypełnienie? Moim zdaniem ten wariant wychodzi najekonomiczniej i jest najprostszy z punktu widzenia rodzica, który pieluszki wielorazowe ma dziecku zmieniać kilkanaście razy dziennie, potem je prać, rozwieszać i od nowa. Nie jest to uciążliwe, ale wymaga odrobiny czasu. W innym systemie, gdy stosuje się pieluszkę-kieszonkę, rzeczy do prania jest kilka razy więcej. W jeszcze innym, AIO lub SIO, wydamy dużo więcej pieniędzy.

Podsumowując wpis:

  1. Grupy pieluchowe na facebooku są super
  2. Pieluchowanie wielorazowe noworodka może być ekonomiczne
  3. Wpis miał charakter absolutnie sentymentalny
  4. Każdemu, kto chciałby się dowiedzieć więcej, z chęcią udzielę darmowych i bezinteresownych informacji, ot, choćby w komentarzach pod wpisem.

<3

#RESET ! – oczyszczenie organizmu

oczyszczenie-organizmu

oczyszczenie-organizmu

Niektórzy czekają na ten wpis jak na wiosnę. I w końcu jest. To wpis dla ludzi z oponką na brzuchu, z kapciem w buzi po porannej pobudce i dla tych co ich ciągle boli głowa, i dla tych, co mają nawroty łuszczycy, AZS, anginy, katary, kamień na zębach, infekcje intymne i miliard innych rzeczy. Mieć to wszystko to pikuś. Ale jest mnóstwo ludzi, w zasadzie większość społeczeństwa, które w dobie wszędobylskich aptek, antybiotyków i tabletek na wszystko przestała sobie zadawać pytanie – DLACZEGO?

Bo skoro mamy tabletkę, maść i spray do nosa, to leczymy objawy. Boli mnie głowa – biorę apap. Boli mnie noga – smaruję ketonalem. Śmierdzi mi z ust – płuczę tym płynem co ta babka z serialu i mam oddech miętowy jak koleś z reklamy winterfresh (mniejsza z tym że na pięć minut). Mam trądzik – taka cera, ewentualnie idę do dermatologa i smaruję maścią na receptę. Mam łuszczycę – to choroba genetyczna, nic się nie da zrobić, można tylko zaleczać objawy. Jestem wiecznie zmęczona i śpiąca, no ale ciężko pracuję, nie mam czasu na sen, a w ogóle to nie mogę w nocy zasnąć, więc biorę tabletki na sen.

Brzmi znajomo?

W ferworze tego wszystkiego zapomnieliśmy, że naturalnym stanem ludzkiego ciała i psychiki jest ZDROWIE. Owszem, choroby są i będą na świecie, ale pękające usta, wory pod oczami, bóle głowy, sezonowe grypy i anginy – to nie jest naturalny stan. To znak, że z twoim ciałem dzieje się coś niedobrego! Zaleczając objawy ignorujesz podstawową formę komunikacji z ciałem, które daje ci sygnały – halo, halo! NIE WYRABIAM TWOJEGO TRYBU ŻYCIA.

Wiele osób odkryło już tę zależność. Wiele jednak ciągle żyje w błogiej nieświadomości, dlatego nigdy za mało takich wpisów jak ten, nigdy za mało takich stron, nigdy za mało rozmów z ludźmi.

Póki nie uświadomisz sobie, że to nie leki mają wpływ na twoje zdrowie, nigdy nie będziesz czuć się dobrze.

Pomyśl sobie, co twoje ciało otrzymuje od ciebie w prezencie każdego dnia:

  • jedzenie
  • kosmetyki
  • chemię gospodarczą
  • powietrze, którym oddychasz
  • dobre i złe doświadczenia

Właśnie te czynniki są PALIWEM, które lejesz w organizm. Jeśli do silnika samochodowego wlejesz nieodpowiednie paliwo (np. olej słonecznikowy), auto ci długo nie pociągnie. Są tacy, co próbują jeździć na oleju słonecznikowym. Kawałek pojedzie, nasmrodzi jak skunks a na koniec padnie i trzeba holować na złom. Z ludzkim organizmem dzieje się podobnie.

Bo co w zasadzie się stanie, jeśli te czynniki nam się skiepszczą?

Jedząc przetworzone jedzenie, dajemy organizmowi prócz substancji odżywczych (w małej ilości) całą masę chemii i toksyn. Nie dość, że organizm nie jest dobrze odżywiony, bo skąd ma mieć substancje odżywcze jeśli codziennie jesz bułkę pszenną z keczupem i makaron z sosem z papierka, to jeszcze walisz w niego toksynami. A więc on mozolnie czyści się i czyści, bo to nie jest tak że organizm się oczyszczać nie umie (gdyby tak było, już byśmy pomarli wszyscy, wyobraźcie sobie co by było gdyby wątroba nie czyściła nas z alkoholu tylko byśmy tak w siebie lali, lali i lali….).

Kiedy toksyn jest za dużo, organizm sobie nie radzi z wydalaniem ich. No więc upycha – w skórze, w mniej potrzebnych narządach. Żeby nie zdechnąć. Żeby jakoś dalej ciągnąć ten wózek. Stąd biorą się rodzaje cery – sucha, tłusta, mieszana. Myślicie, że człowiek rodzi się z jakimś rodzajem cery? Przecież cera zależy od tego, co jesz i jak żyjesz! Nadmiar toksyn wylezie ci na czole w postaci pryszczy albo w postaci łuszczycy jeśli masz geny które ją warunkują. Łuszczyca to choroba CYWILIZACYJNA. To, że przenosi się z pokolenia na pokolenie, nie oznacza, że trzeba mieć łuskę na całym ciele bo odziedziczyło się ją po dziadku. Zdrowe ciało, nieobciążone toksynami, nie musi mieć tej łuski prawie wcale.

No więc jak już mamy te wykwity skórne, pryszcze, cerę tłustą, zaczynamy stosować kosmetyki. A tam – syf, malaria i więcej toksyn. No i błędne koło. Bo przecież jak to, garnier ma atesty i jest w drogerii, przecież nikt nie sprzedawałby syfu w drogerii. Sorry memory! Skoro można sprzedawać toksyczne pieluchy (zobacz mój wpis na ten temat), można też żel na trądzik.

No i do tego chemia gospodarcza. Okno myjemy środkiem do mycia okien, kabinę prysznicową mleczkiem cif, podłogę sidoluxem. No i potem się dziwimy – że dziecko ma krosty, że AZS, że coś bóle głowy się nasiliły (to pewnie ta jesień). Ale przecież nikt już nie myje samą wodą albo wodą z octem (o occie jeszcze będzie), to passe, niemodne i w ogóle fuj. Myć wodą.

A jak już wysprząta się ten dom, to się w nim przecież siedzi. Przed kompem. Oglądając serial. A przyrodę widzi się przez okno, bo jest sezon grypowy i nie wychodzimy z domu. A już zwłaszcza z katarem i kaszlem, bo nas przewieje.

I potem dziwota, że depresja. Złe stany emocjonalne. Nerwowość. Drażliwość.

 

 

#RESET!

Zostaw to co było wcześniej. Oddziel grubą kreską. Ja i Mąż od dziś żyjemy inaczej, przyłączysz się?

Oto nasze wyzwanie na najbliższy czas:

  1. Uszczelnić jelita (Zaraz napiszę po co)
  2. Oczyścić organizm z toksyn
  3. zrezygnować z mleka krowiego
  4. zrezygnować z przetworzonej sklepowej żywności
  5. zrezygnować z białego pieczywa i makaronów

Nasza lista naznaczona jest tym, że Mąż ma łuszczycę. Tak naprawdę możesz stworzyć własną, dobrą listę; możesz mieć na niej więcej lub mniej podpunktów. Ja jestem zwolennikiem małych kroków, bo uważam, że łatwiej jest się czegoś wyrzec mając zastępnik, a znalezienie go nierzadko wymaga czasu i wielu prób zanim znajdzie się idealne rozwiązanie. Najważniejsze jednak są dwa pierwsze podpunkty.

Uszczelnienie jelit

Jelita, które atakowane są kolejnymi syfiastymi rzeczami z diety i środowiska zaczynają szwankować. Pojawiają się w nich nadżerki, które uniemożliwiają rozprowadzenie dobrych substancji po organizmie. Krótko mówiąc – jak już zjesz coś dobrego to i tak jest marna szansa, że dostanie się to tam, gdzie powinno. Celem nadrzędnym jest zatem uszczelnienie jelit (więcej na ten temat tu), aby kolejne działania miały jakikolwiek sens.

Oczyszczenie organizmu z toksyn

Jak już mamy szczelne jelita, możemy zacząć oczyszczanie. Czemu nie wcześniej? Bo składniki oczyszczające zamiast trafić w nasze ciałko, uciekną nam hen i się nie przyswoją. No ale. My wybraliśmy kombo dwa w jednym, oczyszczanie miksturą Józefa Słoneckiego, przy okazji chcąc wyleczyć kandydozę (o tym jeszcze będzie). Skład naszej mikstury:

  • łyżka oleju lnianego nierafinowanego BIO
  • łyżka soku 100% z aloesu
  • łyżka wody
  • łyżka soku z cytryny

Tak przygotowaną miksturę pijemy codziennie rano, conajmniej 30 minut przed pierwszym posiłkiem. I teraz w dużym skrócie – co ona daje?

Olej zalepia nam nadżerki

Roztwór aloesu i cytryna rozbijają złogi toksyn i oczyszczają organizm.

To taka nasza podstawa, której się trzymamy. Oprócz tego pijemy napar z czystka (o tym też będzie).

Na pozostałe podpunkty naszej #RESET owej kuracji musicie cierpliwie poczekać. Będziemy na bieżąco informować o efektach! Stay tuned i – do roboty!